• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotoopowieści arrow Ni piórka ni pazurka
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Ni piórka ni pazurka Email
Autor: Kazimierz Pańszczyk   
Kazimierz Pańszczyk Niestety, tym razem nie będzie to opowieść o walecznym cietrzewiu. Co najwyżej próba rozgrzeszenia gatunku ludzkiego, za to co tym ptakom zgotował, przy czym ja nie chciałbym stawiać się tylko w roli obwiniającego. Mimo wszystko chciałbym zaliczyć się do tych, którzy tym ptakom, niestety, nie pomogli, kiedy było jeszcze można.

„Staszek zamknij mordę bo wszystko spłoszysz! Ch… mnie to obchodzi! A powiedz co oni k... tu robią. Nie po to k.. płacę składki do koła, żeby jakieś ch… z aparatami płoszyły mi ptoki.” Właściwie to łatwiej byłoby wykropkować ze trzy linijki i tak każdy zapewne domyślił by się w jak nerwowej atmosferze przebiegały ostatnie polowania na cietrzewia.
© Kazimierz Pańszczyk
© Kazimierz Pańszczyk
W owym czasie zawziętość, pomieszana z chęcią ubicia czarnego rycerza wiosny była ogromna. Niestety kończył się czas, kiedy to można było legalnie pozyskać cietrzewia. Ci co znali się na rzeczy zdawali sobie sprawę, że między bajki można włożyć zapewnienia o tym, że za dwa, trzy lata cietrzewie się odrodzą i ponownie zagoszczą na liście ptaków łownych. Zaczęły się polowania, a właściwie lepiej byłoby nazwać to zbiorowym tłuczeniem kogutów. Jak pamiętam, kwietniowej niedzieli 1994 r. w dnie Kotliny Nowotarskiej zalegała potworna mgła. Jakby natura w swej mądrości wiedziała, że tylko w ten sposób będzie w stanie uchronić przynajmniej na jakiś czas ten cudowny kwiat podhalańskiej ornitofauny. Tej wiosny to nie lis niósł ze sobą śmiertelne zagrożenie, a człowiek. Najedzony, wyspany, ciepło odziany, w zasadzie nie wiedzieć czemu, aż tak mocno zawziął się na te ptaki. Ot tak, po prostu, żeby tylko zabić? Przecież nie dla celów kulinarnych, podobno mięso cietrzewia nie zalicza się do smakowych rarytasów. A zatem dla zaspokojenia własnego JA, dla tych kilku lśniących piórek? Tak czy owak nie jestem w stanie tego ani pojąć, ani tym bardziej rozstrzygnąć. A zatem zostawmy te bezwartościowe dywagacje i wróćmy do pamiętnej niedzieli sprzed 17 lat...

Czu... szuuu.... chrapliwe nawoływania szarpały ostatnie fragmenty mrocznej poświaty. Gdzieś niedaleko dało się słyszeć furkot. Błądząc z kolegą od jakiegoś już czasu we mgle spłoszyliśmy kolejnego tokującego „lirogona”. Zresztą trudno byłoby nie spłoszyć, jak na Rękowiańskiej tokowało w owym czasie 70-90 kogutów, a spora część ptaków nocowała pod krzewami właśnie na tej rozległej równinie. Mgła była, jak mawiają starzy fiakrzy, tak gęsta, że aż koniom było duszno. Tak na dobrą sprawę nie bardzo wiedzieliśmy czy jesteśmy w dobrym miejscu czy nie... Gdzieś tu, niedaleko powinna być nasza grobla, a na niej kilka tokujących ptaków. Po chwili dało się słyszeć jakieś głosy ludzi, jeden, drugi i kolejny. To myśliwi zajmują stanowiska i każdy marzy o pięknym opalizująco-czarnym trofeum. Każdy w owym czasie miał jakiś wymarzony scenariusz na tę niedzielę. Dla nas największym rarytasem byłoby, jakby koguty toczyły boje nie dalej jak 15 metrów od naszego stanowiska, ówczesna Yashica z optyką 300 mm niestety nie pozwalała na nic więcej. Myśliwi mieli już nieco bardziej krwawe ambicje. Ażeby tak ciecioruczka rąbnąć, to byłoby się czym pochwalić, a i byłoby za co wznieść łowiecki toaścik przy pokocie. Przy okazji psisko sztachnęłoby się dzikim aromatem. Oj, żeby się tak chciał się jakiś napatoczyć pod lufkę?... Jednak matka natura uwzięła się straszliwie i nic nie odsłania drażniąc jeno myśliwskie ucho ciągłym czuszykaniem i bulgotem ptaków. Co jakiś czas to spokojne morze mgły ożywia klapanie skrzydłami walczących kogutów. Jeszcze grubo przed wschodem dziesiątki ptaków dawały tak mocną akustykę, że miało się wrażenie, że to tysiące żab trawnych emanuje miłosną pieśnią na tej równinie. Gdyby nie zacięte walki i łopot skrzydeł można by uznać, że całe to akustyczne przedstawienie to istotnie jakaś żabia farsa. Tymczasem na wschodzie powoli zaczęło już dnieć.
© Kazimierz Pańszczyk
© Kazimierz Pańszczyk
Czarnodunajeckie, udomowione koguciska w zagrodach witają już nowy dzień. Tymczasem ich dzicy czarni pobratymcy byli o krok dalej i w łunie wschodzącej jutrzenki, nie ograniczeni żadnymi płotami, toczyli zacięte boje o prym dominującego samca. W pewnej chwili całość tej cudownej symfonii przerywa strzał, po jakimś czasie drugi i trzeci. O dziwo, grzmot jaki wzniecił człowiek nie zmącił rannego koncertu i nadal zewsząd dochodził cietrzewi gulgot. Wdzierające się co jakiś czas czuszykania jak ostry ton werbla dodaje tylko animuszu tej polnej symfonii. Po chwili brutalne echo strzału powraca, tępy dźwięk dubeltówki zabrzmiał tak, jakby na koncercie ktoś nagle walnął pięścią bez taktu w bęben. Jednak ptaki, mówiąc językiem łowieckim, nic sobie z tego nie robią i nadal grają zawzięcie. Po chwili wibrujące głosy jakby jeszcze mocniej głaszczą orawski bezkres mgły. Nagle wdziera się ponowny strzał, po czym daje się słyszeć - który to k....a strzela na oślep! Chcecie się pozabijać palanty! W tej sytuacji uznaliśmy z kolegą, że nie ma co ryzykować, powoli wycofujemy się, o wypadek w takiej mgle nie trudno. Poza tym tu najwyraźniej przestała już przemawiać miłość do natury.
Tokujący kogut, któremu testosteron niemal prostuje pióra, jest tak zaabsorbowany wiosenno-miłosnym uniesieniem, że żaden strzał go nie zraża. Co innego lis czy wrona. Ci już na sam widok człowieka z „grzmiącym kijem” uciekają gdzie pieprz rośnie. Polowanie rozkręcało się na dobre, tymczasem my, po tej rannej foto-porażce, wolnym już krokiem, dryfując w orawskim morzu mgieł wracaliśmy z wolna do zaparkowanego pod borem malucha. Marsz po oszronionej łące, gdzie w zagłębieniach widać jeszcze śnieżne jęzory złowrogiej zimy, nastrajał raczej do smutnej refleksji nad sensem przydatności człowieka w przyrodzie. My w ten niedzielny poranek poza obsikaniem krzewu nic sensownego nie zaoferowaliśmy naturze. Ale jeszcze mniej zaoferowali ci, co zrobili w owym czasie pogrom na tokowiskach. Jednak zaciągnięty krwawy kredyt trzeba będzie kiedyś spłacić. Wówczas jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że jeden z najwspanialszych ptaków tej torfowej krainy stanie niebawem na krawędzi zagrożenia tylko dlatego, że istota rozumna w porę nie zrozumiała własnych błędów. Po latach zwali się winę na nadmiar kruków, lisów, jastrzębi, chemizację rolnictwa, meliorację gruntów, grzybiarzy, fotografów. Więcej nawet nie chce mi się wymieniać bo i tak w tej chwili nie ma to już żadnego znaczenia. Wszystko i wszyscy są winni tylko nie ci, co w owym czasie utoczyli z tego ptaka najszerszy strumień krwi. Najzdrowsze osobniki terytorialne o znakomitym genotypie, zamiast dać początek nowemu życiu, wcinane są teraz przez mole gdzieś nad ciepłym myśliwskim kominkiem. Żeby zrozumieć jak to wszystko wygląda, potrzebowałem całe lata obserwacji. W tamtych czasach nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że ostatni rok polowań aż tak znacząco wpłynie na populację tych ptaków. Właściwie po tym okresie rozpoczął się schyłek cietrzewia na Podhalu i Orawie. Z populacji liczącej ok. 300-350 osobników goszczących w niszy Orawsko Podhalańskiej dzisiaj pozostało nie więcej jak 30-35 kogutów. Jednak w owym czasie nikt nie przewidział, że za dwadzieścia lat ptaków może tu nie być. Zawyżanie statystyk, nadmierny pozysk jak i też niski poziom wiedzy na temat życia tych ptaków, to tylko bardzo skromna lista łowieckich grzeszków. Ale czy to coś zmieni, a tym bardziej rozgrzeszy gatunek ludzki?
Jak pamiętam wracaliśmy pamiętnej niedzieli niepocieszeni i trochę rozgoryczeni, aż tu nagle z mgły wyłania się szpaler myśliwych ze swoim, jak zawsze idiotycznie brzmiącym pytaniem - A wy co tu robicie ?!!!
Miałem zamiar odpowiedzieć, że przyjechaliśmy na ryby, ale na tej łące nie biorą i dlatego idziemy na inną, ale powstrzymałem się tylko dlatego, że wśród chętnych na cietrzewią lirę był mój jeden dobry znajomy.
Wiecie, że tu się poluje!!! - zabrzmiał srogi głos gostka dzierżącego czarną rurkę na ramieniu.
Dooooprawdy?..... Zabrzmiało tym razem nasze, może nad wyraz, ironiczne zdziwienie.
Wojna już dawno się skończyła, a u was we wsi dalej strzelają? I zaczęliśmy się bezczelnie rechotać. He,he,he.
Przyznaję, że po tej mało kulturalnej wymianie zdań nie obyło się bez straszenia policją i tym podobnych.

Niestety, kiedy nadejdzie już czas, że głos cietrzewia nie przetnie orawskiej mgły, a mole oskubią ostatniego już wypchańca,
© Kazimierz Pańszczyk
Cietrzewie© Kazimierz Pańszczyk
w myśliwskim pokoju ponownie odezwą się głosy. A NIE MÓWIŁEM. I tak jak niegdyś w raju Ewa zżarłszy jabłko dowiedziała się, że nagle wraz ze swoim ukochanym stała się biedna i naga, tak większość tutejszych POLOWACY dowie się niebawem o goliźnie własnego rozumu.
Jednego jestem niemal pewien, że w niedalekiej przyszłości nie znikną spod borów dzikie wysypiska śmieci. Opony wszelkiej maści, wersalki, bo nie pasują już do hameryckiego wystroju, jakaś plazma, bo za słabo wypasiona, może wyjrzy spod traw obudowa po starym laptopie. Niewątpliwie znajdą się też flaszeczki po Elfie, Castrolku, jakieś buteleczki po Coli, ramka po górskim rowerku, kupka kłaczków, flesowin kuśnierskich i cały jeszcze szereg okolicznych skarbów.
Niestety, ptaka w opalizująco-czarnym fraku, o którym nie jeden z nas jeszcze zamarzy, możemy już więcej nie spotkać. Jego gardłowy bulgot może już nie pogłaskać nam ucha, a wzrok nasz niebawem w głębi traw może nie dojrzeć ni piórka ni nawet pazurka.
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif