• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Wydarzenia arrow Wydawnictwa arrow "Smak białowieskiego miodu" - przykładowy rozdział
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Czy fotografujesz ptaki?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Email
Autor: Jan Walencik   
„Smak białowieskiego miodu”
zobacz wersję oryginalną w formacie PDF

Dwadzieścia jeden miesięcy w Puszczy


21 kwietnia 1993 r.
Telewizyjny Polonez sunie po asfalcie. Trzymam mocno kierownicę. Obok mnie moje szczęście – Beńka. Za nami, w drugim samochodzie, Sławek Boniecki – kierownik produkcji TĘTNA... i Grzesiek Kłosowski – asystent. Grzesiek będzie pracował z nami przez pierwsze tygodnie. Nasz samochód zapakowany po dach. Dwa dni temu pobrałem z TVP sprzęt filmowy, dźwiękowy, taśmy dźwiękowe do nagrań i negatyw.
Już Hajnówka. Gdy wjeżdżamy do Puszczy, jak zawsze odczuwam dziwny spokój, taką pewność, że jest jeszcze na świecie coś prawdziwego, wartościowego, żywego. Za towarzyszącymi szosie z lewej i prawej dwiema ścianami kolumn wiekowych świerków, dębów i innych wielgachnych drzew, tam, w głębi jest jakiś magnetyzm, tajemnica. Coś, co wciąga. Może to jakiś prainstynkt, tęsknota za naszymi korzeniami, kto wie... Ale spokój pryska, bo różne myśli kołaczą się w głowie. Przecież teraz dopiero się zacznie. Tysiące spraw do załatwienia, a każda ważniejsza od drugiej. A poza tym, w domu został nasz piętnastoletni syn – Maciek...
Z zamyślenia wyrywa mnie okrzyk Beńki. Sto metrów przed nami dwie żubrzyce przebiegają w lewo przez drogę. Hamuję łagodnie. Słusznie, bo jeszcze jedna wyskakuje z prawej na asfalt i podąża za poprzednimi. Dosłownie kilka metrów przed nami. Zjawy szybko znikają w gąszczu.Kilka kolejnych zakrętów – pełno ich między Hajnówką a Białowieżą. Jeszcze nie zdaję sobie sprawy, jak wielokroć przyjdzie mi je pokonywać w przyszłości. Kończy się wielki las, wjeżdżamy na otwartą polanę Białowieży. Po paru minutach nasze samochody zatrzymują się przed gościnnym progiem Domu Myśliwskiego należącego do Białowieskiego Parku Narodowego. Pan Waldek Chwyć, zawsze nam przyjazny szef Myśliwskiego, oznajmia, że mamy do dyspozycji cały segment nr 7/8 – dwa pokoje z łazienką. Więc to będzie nasz dom, na co najmniej kilkanaście miesięcy zdjęć...

otwórz w nowym oknie
© Jan Walencik
Białowieża z lotu ptaka, w osi ze wschodu na zachód

22 kwietnia 1993 r.
Bez przepustki, ani rusz. Przepisy zabraniają poruszania się samochodem po terenach leśnych, więc pierwsze, co dzisiaj musimy załatwić, to stosowne zezwolenia z trzech instytucji administrujących Puszczą Białowieską: Nadleśnictwa Białowieża, Nadleśnictwa Hajnówka i Nadleśnictwa Browsk. Szczęśliwie, zgody na piśmie otrzymujemy od ręki.

23 kwietnia 1993 r.
Od dziś, do końca roku, mamy możliwość wstępu na teren Rezerwatu Ścisłego Białowieskiego Parku Narodowego. Otrzymaliśmy przepustki podpisane przez dyrektora. Możemy poruszać się albo pieszo, albo furmanką, albo na rowerach.

24 kwietnia 1993 r.
Jeszcze jedno zezwolenie. Dziś przyszła pozytywna odpowiedź z Ministerstwa Ochrony Środowiska. Mam, wymaganą przepisami, zgodę Głównego Konserwatora Przyrody na filmowanie zwierząt gatunków chronionych w okresie rozrodu i wychowu młodych.

zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Beńka, Grzesiek Kłosowski i ja pierwszego dnia w Białowieży – z niezbędnymi bagażami przed Domem Myśliwskim
27 kwietnia 1993 r.
Wieczorem dołączył do nas ktoś nowy – Krzysztof Komar. Przyjechał na próbę. Jeśli się spisze, zostanie na dłużej. Chyba zupełnie nie wie, co go w tej robocie czeka. Jest młody, spokojny, otwarty, ale nie ma żadnego doświadczenia w filmie, a tu przecież będziemy pracować intensywnie dzień w dzień. Zobaczymy...

29 kwietnia 1993 r.
Prawie równo z nami w Białowieży pojawia się grupa naukowców specjalizujących się w ornitologii. Przyjeżdżają tu każdej wiosny, od kilkunastu lat. Głównie z Wrocławia. Wiele razy korzystaliśmy z ich bogatej wiedzy. Mamy nadzieję, że pomogą nam i teraz. Kto, kiedy żeruje i śpiewa, gdzie się gnieździ, czy jest płochliwy itp. – doskonały wywiad jest podstawą przy filmowaniu ptaków.Właśnie dzisiaj, pierwszą dobrą wiadomość przyniósł Jasio Lontkowski. Przed paroma godzinami znalazł zajętą dziuplę sóweczki. W martwej, bardzo grubej sośnie – w borze świerkowym. Na powierzchni badawczej, na której pracuje również profesor Ludwik Tomiałojć i docent Tomasz Wesołowski. Co ciekawe, wczoraj i Ludwik i Tomek wspominali przy herbacie, że słyszeli samca sóweczki w tamtej okolicy. Mamy szczęście!

© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Na torze między Hajnówką a Białowieżą, po którym od dawna nie jeżdżą pociągi, rosną wielkie poziomki – chwila relaksu
30 kwietnia 1993 r.
O wpół do ósmej stawiamy się całą ekipą w dyrekcji BPN-u. Mamy umówione spotkanie z kierownictwem i pracownikami Ośrodka Hodowli Żubrów oraz ze strażnikami Rezerwatu Ścisłego. Poprosiliśmy o nie, aby z miejsca rozpocząć wspólną z Parkiem robotę przy TĘTNIE... i uniknąć w przyszłości ewentualnych niedomówień, zwłaszcza w terenie. Dyrektor Czesław Okołów zwięźle wyjaśnia swoim pracownikom zasady współpracy i informuje, że niebawem BPN podpisze stosowną umowę z TVP. Jednocześnie, silnie podkreśla, jak prestiżowy jest nasz projekt i prosi o udzielanie nam pomocy. Zasady poruszania się w Rezerwacie Hodowlanym BPN oraz w zimowych ostojach żubrów, szybko uzgadniamy z Jerzym Dackiewiczem i Aleksandrem Waszkiewiczem z OHŻ. Leśniczy BPN, Jerzy Szczerba, przedstawia podległych mu strażników Rezerwatu Ścisłego: Cezarego Bańkę, Jerzego Gabca, Mikołaja Jaganowa, Piotra Myszkiewicza, Mirosława Lisickiego, Wiktora Wiktoruka i Jacka Stysiaka. Jest też Andrzej Keczyński z pracowni naukowej Parku. Od dzisiaj będziemy często się spotykać na wspólnych ścieżkach. Już teraz mam wiele pytań, zresztą przyniosłem strażnikom całą listę obiektów do szukania. Od razu wywiązuje się długa rozmowa, co jest możliwe, a co nie. Zaczynamy nawzajem zapalać się w pomysłach, w tym, co jeszcze można by zobaczyć w Rezerwacie i przemycić do filmu. Mam wrażenie, że w tej rozmowie rodzi się obustronna sympatia...Przed południem ruszamy do Białegostoku. Na zakupy.
© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Gniazdo i jajka słonki
Dwie aluminiowe drabiny, siatka ogrodzeniowa, trzy rowery, dwa plecaki z nosiłkami, buty gumowe krótkie i wodery, trzewiki, dwa termosy, stabilizator na 220V, akumulator, prostownik, latarki halogenowe, różne części elektryczne, kształtowniki aluminiowe, artykuły papiernicze i parę tuzinów drobiazgów – oto nasza lista. Zbyt ambitna – udaje nam się kupić tylko część rzeczy.

1 maja 1993 r.
Przebijamy się przez bagno, a miejscami przez istny busz. Jasio Lontkowski, Krzysiek Komar i ja. Już dawno straciłem precyzyjną orientację. Wiem tylko, że jesteśmy w Rezerwacie Ścisłym, w widłach Narewki i Hwoźnej. No i są wreszcie! Mamy je: na skraju podmokłego drzewostanu, na wysepce utworzonej z niskich pastorałów paproci, leżą cztery plamisto nakrapiane jaja. Wczoraj Jasio znalazł gniazdo słonki i dziś koniecznie musiał je nam pokazać.

4 maja 1993 r.
Andrzej Keczyński znalazł gniazdo jarząbka. Pojechaliśmy od razu w to miejsce. Parę kilometrów od Białowieży, do starego boru. Kura wysiaduje nieruchomo. Tak twardo, że można by ją dotknąć ręką. Robię kilka zdjęć. Nie reaguje. Postanawiam, że jutro wrócę tu z kamerą. Teraz zostawiam kilka świerkowych gałęzi, uformowanych na kształt namiotu – zalążek jutrzejszego ukrycia. Kilkanaście metrów od niej, aby się przyzwyczaiła.

© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Zakamuflowana kura jarząbka wysiaduje jajka w gnieździe pod świerkiem i leżącym pniem
© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Wysiadująca kura jarząbka godzinami może trwać w bezruchu. Zdradza ją tylko łypiące raz po raz oko





























5 maja 1993 r.
Kilka dni temu rozdałem scenariusze TĘTNA... kilku osobom ze świata białowieskiej nauki. Dziś otrzymałem pierwsze uwagi merytoryczne od profesora Ludwika Tomiałojcia. Nie jest tego zbyt wiele i – poza wyjaśnieniem mechanizmu kilku zjawisk – dotyczą raczej szczegółów w rodzaju: tego ptaka dałbym do tej, a tamtego do tamtej sceny, albo tytuł taki a taki, wydaje się niezbyt fortunny. Nie ma natomiast – co mnie cieszy – żadnej krytyki konstrukcji TĘTNA... Dyskusja wokół serialu powraca wieczorem – tradycyjnie, gdy jest wolna chwila zapraszamy zaprzyjaźnionych ornitologów z Myśliwskiego na długą herbatę. Zagadnięty przez nas Ludwik rozwija niektóre wątki z TĘTNA... jednak po chwili rozmowa schodzi na inne tory. Ze słów uczonego przebija troska o przyszłość Puszczy Białowieskiej, potrzeba natychmiastowej ochrony jej całego obszaru. Słuchamy, czując, że przecież myślimy tak samo. To bardzo ujmujące. Padają racjonalne wnioski, zabarwione emocjami i silną atencją – bo w końcu los Puszczy, to nasza wspólna sprawa.

9 maja 1993 r.
Otrzymaliśmy kolejne uwagi do scenariusza TĘTNA... od profesora Aleksandra Sokołowskiego, szefa białowieskiej placówki Instytutu Badawczego Leśnictwa. Zaledwie półtorej strony maszynopisu – w większości sugestie doboru lepszych przykładów organizmów oraz kilka istotnych uzupełnień do komentarza.

zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Rozległe czosnkowisko w okolicach Orłówki w Białowieskim Parku Narodowym
17 maja 1993 r.
Rano Krzysiek pojechał zobaczyć co u sóweczek. Niczego specjalnego nie zauważył. Raz tylko samiec przyniósł wysiadującej samicy jakiegoś gryzonia.
O wpół do jedenastej wyjeżdżamy ze strażnikiem do Rezerwatu Ścisłego, wozem BPN-u. Najpierw w oddziale 340 filmuję owada – rzadką kózkę na leżaninie lipowej. Potem dojeżdżamy do jasnego grądu i tam, na powierzchni badawczej ornitologów, kręcimy zdjęcia z podnośnikiem przy gnieździe kosów z czterema młodymi – ukrytym w spróchniałym odziomku. O drugiej trzydzieści opuszcza nas strażnik, odjeżdża rowerem do Białowieży. I tak przeze mnie spóźni się na umówione prześwietlenie. Zostajemy sami – Krzysiek, Grzesiek i ja. Powożę koniem do oddziału 314. Tam montujemy rurę stabilizującą do kamery, aby wykonać niski lot nad rozległym czosnkowiskiem. Zaczynamy zdjęcia. Kamera ustawiona na szybki klatkaż – 75 kl./sek. – pięknie płynie pomiędzy białymi baldachami kwiatów i nad nimi. Na ekranie ten lot będzie oczywiście zwolniony.
zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Grzesiek Kłosowski i ja wracamy do Myśliwskiego po bezpieczniki do kamery
Nagle kamera sama wyłącza się. Poszedł bezpiecznik. Grzesiek nie ma zapasowych, bo nic o nich nie wiedział i nie spodziewał się awarii. Może to i moja wina, ale i tak szlag mnie trafia – żeby w takiej chwili kamera padła?!
Zostawiamy Krzyśka z niezbędnym sprzętem i wracamy wozem do Białowieży. Niedaleko Dębu Jagiełły spotykamy wracającego na rowerze strażnika. Przejmuje lejce. Z bazy w Myśliwskim zabieramy bezpieczniki i ruszamy na rowerach z powrotem, do czosnkowiska. To wszystko niestety trwa. Na miejscu bezpieczniki palą się jeszcze kilka razy. Taśma ucieka. Słońce zaczyna gasnąć. Wreszcie watujemy bezpiecznik cieniutkim drucikiem i dopiero robota zaczyna wychodzić: parę niezłych lotów nad czosnkiem i... koniec taśmy! Musi mi to wystarczyć. Teraz cały sprzęt na plecy i na rowery. Tyle, że rowery mamy już tylko dwa. Wracam pieszo.

20 maja 1993 r.
Otrzymałem scenariusz z poprawkami od profesor Krystyny Falińskiej i profesora Janusza Bogdana Falińskiego z Białowieskiej Stacji Geobotanicznej. Szczęśliwie, niewiele uwag, raczej znów – zmiana przykładów itp.

21 maja 1993 r.
Od świtu z Wieśkiem penetrujemy Katorgę. Doktor Wiesław Walankiewicz z Siedlec pracuje od kilkunastu lat w grupie wrocławskich ornitologów. Szczerze mówiąc, to właśnie on, przed laty, poznał mnie z wrocławianami i spotęgował we mnie ptasiego bakcyla. Nazwę „Katorga” ornitolodzy wymyślili podczas pierwszych badań w tej części BPN-u. Trudno o lepsze skojarzenie. Doświadczam tego ilekroć ją odwiedzam – brniemy przez błoto po kolana, przeciskamy się pomiędzy gęsto zalegającymi wykrotami, przeskakujemy leżące kłody kolosów. Do tego wysoka wilgotność, lejący się pot i tysiące niemiłosiernie tnących komarów. Tutaj, przejście nawet kilkudziesięciu metrów może zająć mnóstwo czasu. W ciągu paru godzin Wiesiek pokazuje mi interesujące miejsca lęgów muchołówek, pełzaczy i krętogłowa. Sam miód dla naszego filmu – tylko kręcić!

© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Typowy krajobraz z Katorgi – wiatrołomy i trudne do przejścia zwałowiska drzew
© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Gniazdo pokrzywnicy w korzeniach przewróconego drzewa na Katordze





























24 maja 1993 r.
Oddaliśmy pierwszy naświetlony materiał – siedem rolek kamerowych – do wywołania w laboratorium Wydziału Obróbki Taśmy TVP, przy Placu Powstańców. Tak właśnie, cyklicznie, będziemy oddawać negatyw do końca produkcji. Każdorazowy wyjazd z Puszczy do Warszawy, jest dla mnie szokiem.
zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Pierwsza próba sfilmowania ślimaków bursztynek, z przywrami w ich czułkach
W ciągu paru godzin zamieniam świat pełen naturalnego rytmu, spokoju i dostojeństwa – świat najprawdziwszy, na sztuczny świat wyścigu, hałasu i betonu. Od rana, ze Sławkiem Bonieckim, załatwiamy w Warszawie wiele spraw, koniecznych dla produkcji TĘTNA... Koło południa przyjeżdża Beńka z naszym synem Maciejem. O trzynastej w redakcji na Woronicza ustalamy termin i miejsce podpisania umowy między Telewizją Edukacyjną a Białowieskim Parkiem Narodowym – na 19 czerwca, w Białowieży. Potem, rozmowa z redakcyjnym kolegą, Szymonem Wdowiakiem, na temat lin, uprzęży i zabezpieczeń przy zdjęciach na drzewach. Szymek obiecuje pomóc osobiście.

26 maja 1993 r.
Podjęliśmy pierwszą próbę zdjęć do Sceny 6/IV. Natręci. Chodzi między innymi o pokazanie komarów, których larwy i poczwarki rozwijają się masowo w wodach olsów. W tej scenie użyję wodoszczelnego peryskopu do filmowania pod wodą drobnych organizmów w skali makro. Tym razem na pierwszy ogień idą zdjęcia z nami w olsie. Od razu też kręcimy ujęcia z nami do drugiej części tej sceny, w której pokazujemy ślimaki bursztynki z pasożytami, przywrami Leucochloridum paradoxum, w ich czułkach.

otwórz w nowym oknie
© Jan Walencik
Realizacja Sceny 6/IV. Natręci w olsie. Beńka z Bolexem, ja z Eclairem i peryskopem, Krzysiek z klapsem, Grzesiek Kłosowski za Arriflexem

27 maja 1993 r.
Rano, w białowieskim Ośrodku Zdrowia, Beńka, Krzysiek, Grzesiek i ja, szczepimy się przeciw odkleszczowemu wirusowemu zapaleniu opon mózgowych. Będziemy mieli częsty kontakt z kleszczami, więc trzeba się zabezpieczyć. Niestety, na bakteryjną boreliozę, roznoszoną przez kleszcze, nie ma szczepionki.
zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Gniazdo słonki w runie łęgu
Andrzej Keczyński znalazł kolejne gniazdo jarząbka w oddziale 370 BPN. Poszedłem z nim na miejsce. Już po drodze coś mi nie pasowało w jego opisie, zwłaszcza ilość jaj – cztery. Pomyślałem, że to pasuje jak ulał do słonki. Faktycznie, w pokrzywach było gniazdo słonki. Wycofaliśmy się szybko.
Po dwóch godzinach, filmowanie w rezerwacie storczyków Dactylorchiza fuchsi z zapylającymi je kózkami Alosterna tabacicolor. Wskazał nam je doktor Jerzy Gutowski, entomolog z białowieskiego IBL-u. Byłem u niego parę dni temu z prośbą o skonsultowanie scenariusza i pomoc we wskazywaniu rzadkich owadów. Jak zwykle, sporządziłem całą listę niezbędnych gatunków. Doktor obiecał podrzucać nam często świeżo znalezione owady i żywo zainteresował się całym projektem – ku mojej uciesze, bo znalazłem bratnią duszę.

28 maja 1993 r.
Odbieram cały pakiet artykułów naukowych z entomologii oraz trzy fiolki z niewielkimi owadami, związanymi z lasami grądowymi: Deilus fugax, Oplosia fennica i Stenostola ferrea. Doktor Gutowski wziął sobie do serca moją prośbę o konsultację entomologiczną TĘTNA...

3 czerwca 1993 r.
Rano, w Myśliwskim odprawa, ustalamy plan roboty na cały czerwiec. Sceny ze świstunkami, muchołówką żałobną, kosami, przywrami, roztoczami, żubrami, bocianami czarnymi. Do tego scena z roślinami – poszukiwaczami wilgoci i z rzadkim motylem, nastroszem amurskim. Poza tym scena zielona tkanka puszczy i dwie sceny etiudowe: grąd i zbiorowiska roślinne. Jak z tym wszystkim zdążyć? I jeszcze tydzień chcielibyśmy spędzić w domu... Przed południem zdjęcia z bogatką karmiącą pisklęta w dziupli położonej dwa metry nad ziemią, w Parku Dyrekcyjnym.
© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Młodziutka sóweczka, która przed kwadransem wyleciała z rodzinnej dziupli...
Po południu próba dźwięku z mikroportami – małymi mikrofonami przypinanymi do ubrania. Zaraz po tym wyprawa na Katorgę. Upał, komary i dźwiganie filmowego żelastwa na plecach bardzo męczą, ale konsekwentnie i z uporem realizujemy zaplanowane zdjęcia – naprawdę niezłe. To w końcu najważniejsze...

11 czerwca 1993 r.
Krzysiek siedział od rana przy dziupli sóweczek i sprawdzał, czy przypadkiem młode nie wyjdą na dobre. Na razie, na szczęście nie. W tym czasie reszta próbowała filmować świstunki przy gnieździe. Ze słabym skutkiem, bo pisklęta są jeszcze za mało dynamiczne przy karmieniu.
Upał, żar leje się z nieba. Wszyscy chodzą rozebrani, tylko my – z lasu – zasłonięci kurtkami, spodniami i czapkami przed komarami. Próbujemy filmować owady od doktora Gutowskiego. Jednak taki dzień nie nadaje się do precyzyjnej pracy. Po dwóch godzinach dajemy spokój.

12 czerwca 1993 r.
Od rana przy sóweczkach. Ja na ambonie, Grzesiek i Krzysiek na dole. Sfilmowałem trochę zachowań rodziców przy dziupli. Dostrzegliśmy młodą sóweczkę na dole, dwa metry ponad ziemią. Wdrapywała się niezdarnie po korze świerka, pomagając sobie skrzydełkami i siadła na sęczku. Musiała wylecieć z dziupli zanim tu przyszliśmy. Była dla mnie wymarzoną aktorką. Zacząłem demontaż sprzętu na górze. Trwało to ponad dwadzieścia minut – tyle żelastwa i wszystko przywiązane. Znieśliśmy kamery na dół i tam się dopiero zaczęło szaleństwo...

otwórz w nowym oknie
© Jan Walencik
... nie czuje jeszcze obawy wobec dwunożnego intruza, więc mogę filmować ją do woli

Filmuję i fotografuję młodą sóweczkę ze wszystkich stron i w różnych sytuacjach. Wkrótce brakuje taśmy i muszę założyć nową rolkę. Jak zwykle w terenie, korzystam z worka ciemniowego nieprzepuszczającego światła. Kiedy kaseta ze świeżą taśmą trafia do kamery, młoda sóweczka wspina się wysoko po pniu i... odlatuje na pień wysokiej sosny. Słyszymy gdzieś w koronach pisk drugiej. A więc już dwie młode opuściły dziuple.

© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Codzienność puszczańskiego ornitologa: doktor Wiesław Walankiewicz podczas rutynowej kontroli dziupli
zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Wymiana taśmy w podręcznym worku ciemniowym, na planie koło sóweczkowej dziupli





























13 czerwca 1993 r.
Od rana pada deszcz. Wszędzie gęste chmury. Jakie szczęście mieliśmy wczoraj przy dziupli, że było słonecznie. Krzysiek był dziś u sóweczek na obserwacji. Widział karmienie dwóch młodych na raz. To chyba te wczorajsze. W dziupli też jest jedno młode – wciąż dopomina się pokarmu.
Po południu trochę się przejaśnia. Idę sam do BPN-u. Wziąłem tylko aparat. Robię kilka nastrojowych pejzaży. Przy ścieżce ornitologów spotykam Wieśka Walankiewicza, tyle, że na... drzewie! Niestrudzenie wykonuje swoją codzienną robotę – wspina się na drzewa i przy pomocy wklęsłego zwierciadełka, połączonego z bateryjnym oświetlaczem, zagląda do wnętrza zajętych dziupli. Jak mówią ornitolodzy: szacuje sukces lęgowy.

16 czerwca 1993 r.
Tadzio Stawarczyk z grupy wrocławskich ornitologów pokazał nam dzisiaj w BPN wiszącą dziuplę. Wypróchniały metrowy kawałek świerkowego pnia, z otworem wewnątrz. Musiał odpaść przy wichurze i zawisł na gałęziach grabu, na wysokości trzech metrów. I co najciekawsze, tę wiszącą dziuplę zajęły muchołówki białoszyje. Z sukcesem, bo karmią przy nas mocno wyrośnięte pisklęta.

© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Wyśniony białowieski widok: puszczańska sóweczka na puszczańskim wykrocie
19 czerwca 1993 r.
Dzisiaj, w sali narożnej Domu Myśliwskiego, swoje podpisy składają: Czesław Okołów – dyrektor Białowieskiego Parku Narodowego i Henryk Rozen – szef Naczelnej Redakcji Programów Edukacyjnych TVP. Wreszcie mamy formalną umowę o współpracy, określającą prawa i obowiązki stron. Razem z szefem Edukacyjnej przyjechała nasza Zosia i teraz wykorzystujemy chwilę, by omówić najbliższe zadania. A czasu niewiele, bo wieczorem dyrektor Parku zaprasza na uroczyste ognisko! Przyda się mały oddech w robocie, chociaż... zapomniałem, że jutro rano – wcześnie o trzeciej, umówieni jesteśmy z ornitologami na Marzeniu (to kolejna wyszukana nazwa ptasiej powierzchni badawczej). Więc tylko chwilę przy ognisku... pomarzymy.

3 lipca 1993 r.
Dworzec PKP w Siedlcach. Przed chwilą, z pociągu z Warszawy wysiadł Krystian Matysek – od dzisiaj drugi operator w naszej ekipie. Jedziemy samochodem, prosto do Białowieży. Od kilku tygodni, razem ze Sławkiem Bonieckim, kierownikiem produkcji, szukaliśmy kogoś, kto nadawałby się do filmowania tych fragmentów TĘTNA..., w których Beńka i ja występujemy przed kamerą. Na dodatek kogoś, kto byłby dyspozycyjny w czasie i – nade wszystko – kogoś, kto miałby operatorski pazur. Było kilka osób, ale żadna w efekcie nam nie odpowiadała. Aż w końcu Bogdan Dziworski, wykładowca Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego – chyba zagadnięty przez Sławka – zaproponował jednego ze swoich studentów. Kilka dni temu umówiliśmy się z Krystianem w Warszawie. Przyjechał ze Śląska, przywiózł kilka etiud operatorskich. Jedną z nich zaskoczył mnie. Pokazał swoją wrażliwość na światło, wyczucie bryły ludzkiego ciała i wyczucie ruchu kamery. Powiedziałem „tak”, on powiedział to samo.
Usta nam się nie zamykają przez całą drogę do Białowieży. Krystian wypytuje o zwierzęta, o Puszczę. Nie ma żadnego doświadczenia z filmowaniem Przyrody, ale ma świeże spojrzenie, ma pomysły, jak i co można pokazać. Szybko odnajdujemy wspólny język filmowy. W takich okolicznościach podróż musiała minąć niepostrzeżenie.
Na miejscu akomodujemy Krystiana w pokoju z Krzyśkiem, bo Grzesiek wyjechał już parę dni temu, realizować swoje plany fotograficzno-albumowe. Objaśniamy przybyszowi nasz rytm roboty. Opowiadamy o wspólnych posiłkach, o podziale dnia (śniadanie, odprawa, robota na planie, obiad z kolacją, sen), o podziale ról w ekipie. O tym, że wszystko, a zwłaszcza sprzęt, ma swoje miejsce, że Krzysiek jest tym, który zawsze pamięta, co jest do zrobienia, że on prowadzi notes zdjęciowy itd.
Wręczam Krystianowi wolny egzemplarz scenariusza TĘTNA... – od dzisiaj to będzie jego przewodnik po zdjęciach. Przed nami jeszcze coś, co chłopaki lubią najbardziej. Do późnej nocy przeglądamy poszczególne kamery, obiektywy, podnośniki, statywy, zegary i dziesiątki innych sprzętów. Nikt, zwłaszcza obserwująca nas Beńka, nie ma wątpliwości: jesteśmy absolutnie w swoim żywiole!

7 lipca 1993 r.
Pędzimy na rowerach, Trybem Masiewskim za Dziedzinką. Mijamy skrzyżowanie z Trybem Orłowskim. Powinien być gdzieś tutaj, po lewej. Znajdujemy go bez kłopotu – z daleka rzuca się w oczy. Rozpakowujemy sprzęt, szykujemy kamerę. Wczoraj rezerwatowi strażnicy znaleźli na dębie ogromnego grzyba żółciaka. Bardzo przyda się w TĘTNIE...

© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Okazały żółciak siarkowy znaleziony przez strażników Rezerwatu Ścisłego
© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Bliskie studium żołciaka z... muchą





























8 lipca 1993 r.
Doktor Jerzy Gutowski podrzucił nam znów kilka rzadkich owadów, w tym poszukiwaną przeze mnie żerdziankę Urrusowa.

© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Nasza ekipa w drodze na obiad: Krzysiek, Krystian i ja oraz Joaśka Krzemińska i nieodłączny Midas
10 lipca 1993 r.
Po krótkim pobycie w domu, wracamy do Białowieży, a z nami nasz Maciej. Przyjechał do Puszczy na dwa tygodnie wakacji.

9 sierpnia 1993 r.
Dostaliśmy ostatnią recenzję scenariusza. Tym razem najdłuższą. Od profesora Zdzisława Pucka, kierownika Zakładu Badania Ssaków Polskiej Akademii Nauk. Na pierwszej stronie profesor pochwalił ideę TĘTNA..., świeżość spojrzenia, konsekwencję w doborze materiału, przesłanie serii.
Na kolejnych stronach dokonuje – jak pisze – retuszu, a nie zmiany istoty scenariusza. Tak metodycznie i rzeczowo, że w każdym niemal punkcie przyznajemy mu rację. Dzięki temu ustrzeżemy się paru błędów, których dotychczas nie zauważaliśmy i które przeoczyli inni konsultanci.
Z jedną opinią profesora jednak nie możemy się zgodzić. Przyznaję – trochę z przekory, a trochę z powodu zaburzenia dramaturgii IV części TĘTNA... Bo profesor powiedział wprost o fragmencie scenariusza na 47 stronie: Nie należy rozgniatać komarów na ramieniu J czy B, przynajmniej na filmie o ścisłym rezerwacie przyrody. Toż to też ważny składnik biocenoz Rezerwatu Biosfery. Karpiński nakazywał zdmuchiwać te natrętne komary!
Dla dopełnienia rytuału polemiki: ciekawe, że w tej sytuacji to i my stajemy się też ważnym składnikiem biocenozy, dostarczając komarom świeżej krwi!

22 sierpnia 1993 r.
– Do tej pory to był jeden z najpiękniejszych puszczańskich olsów, przez cały rok stała tu woda. A teraz, zobacz Jasiu, mogę przejść suchą nogą. To wszystko przez zbiornik Siemianówka. Rok po roku wyciąga wodę z puszczy – martwi się doktor Amelia Kawecka.
Jest botanikiem, swoje życie naukowe związała z Instytutem Badawczym Leśnictwa. Zna Puszczę jak mało kto, tym bardziej więc widzi zmiany, jakie powodują bezmyślne decyzje. Przyjechaliśmy tu, do Leśnictwa Pasieki, w nadziei, że znajdziemy cudny kawał podmokłego lasu do pokazania w TĘTNIE... A tymczasem...
© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Beńka, Joaśka Krzemińska i nieodłączny Midas
Przypadliśmy sobie z Melą do gustu, mimo niezwyczajnego pierwszego spotkania. Jesteśmy sąsiadami przez ścianę w Domu Myśliwskim i jeszcze miesiąc temu byliśmy nieznajomymi. Był rześki, słoneczny dzień, kiedy postanowiłem wypróbować zasięg naszych nowo zakupionych radiotelefonów CB. Krystian udał się do Rezerwatu, aż pod Mogiłki, a ja na dach Domu Myśliwskiego. Efekt połączenia nie był nadzwyczajny, bo listowie skutecznie tłumiło fale radiowe. Zanim jednak kontakt się urwał, wykrzykiwaliśmy do siebie na okrągło. Skąd mogłem wiedzieć, że nasza sąsiadka właśnie oglądała jakiś program telewizyjny, przerywany co chwilę naszymi połączeniami CB. Ale dowiedziałem się szybko!
– A co za cymbał zakłóca mój telewizor? Co za durnie włączyli jakiś nadajnik? – nagle usłyszałem z dołu, z podwórka. – Oooo! – doktor Kawecka dostrzegła mnie. – Co pan tam robi? A to pan psuje mi odbiór!
No i tak dostało mi się nieźle. Skończyło się sympatycznie, bo na dużej herbacie z ciastem dla wszystkich. Oczywiście, od tamtego czasu nie używamy radia CB w pobliżu Myśliwskiego. Za to Mela została naszym konsultantem.

4 września 1993 r.
Siedzimy na balkonie Myśliwskiego przy kawie. Dzień pochmurny, trudno wyjść na zdjęcia, więc wykorzystujemy czas. Piszę z Krystianem scenopis do Sceny 2/II. Start do nowego życia. Przyda się na przyszłą wiosnę i lato. Rozpisuję szczegółowo ujęcia, szkicuję ustawienia kamer, zapisuję kolejne wersje.
Takich koncepcyjnych dni, popołudni i wieczorów, mamy za sobą sporo. Myślę, że przed nami jeszcze ich więcej, bo to jest prawdziwie twórcza robota. Takie zapisy bardzo się przydają podczas zdjęć, usprawniają pracę, są czymś stałym, do czego zawsze można się odwołać w chwilach zmęczenia, czy zapomnienia na planie. Nasze rozmowy o kształcie scen, zwykle nie mają końca. Snujemy kolejne wersje, odkrywamy następne sposoby patrzenia kamery, ożywiamy jej ruch – całymi godzinami tak właśnie się naprowadzamy i uzupełniamy wzajemnie. Ważne jednak, by z takiej burzy mózgów pojawił się konkretny efekt dla widzów. Jest jeszcze jedno niebezpieczeństwo: gdy nasze apetyty na zdjęcia rosną, realizacja takich wypracowanych scen staje się coraz bardziej trudna i czasochłonna.

22 września 1993 r.
Grzesiek znalazł dzisiaj wielką gąsienicę nastrosza amurskiego. To jest przykład, jakiego potrzebuję do sceny na temat optymalnych warunków wilgotnościowych w Puszczy. Grzegorz Okołów, syn dyrektora BPN-u, student leśnictwa, jest zamiłowanym entomologiem i pomaga nam od miesięcy. Jego brat, Andrzej, student fizyki, także – ostatnio spędziliśmy dwa dni na poszukiwaniu rzadkiego motyla, szlaczkonia torfowca w rezerwacie przy Drodze Olemburskiej.

zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Niemal stały punkt każdego dnia zdjęć w Białowieży: obiad w Iwie – w stałym kącie naszej ekipy, przy tym samym stole...
2 listopada 1993 r.
Rano prószył pierwszy śnieg. Przyszedł chłód, –5°C. O dziesiątej spotkanie w Białowieskiej Stacji Geobotanicznej. Przygotowałem bardzo długą listę obiektów botanicznych potrzebnych do TĘTNA... Profesor Janusz Bogdan Faliński wyjaśnia krok po kroku, gdzie konkretnie, jakie okazy znajdę, przynosi szczegółowe mapy, podpowiada. Przez ponad sześć godzin...
Dzisiaj nie ma zdjęć, więc wcześniej niż zwykle idziemy na obiad całą ekipą. To taki nasz rytuał – przerwa w robocie, zwykle oczekiwana. Stołujemy się w restauracji Iwa, więc z Myśliwskiego mamy parę kroków. Przerabiamy to codziennie, całą zgrają. Dołącza do nas Joaśka Krzemińska, wielbicielka wszelkich stworzeń. Jak zwykle, koniecznie towarzyszy nam Midas, pies państwa Okołowów. Sami swoi...

27 stycznia 1994 r.
Po miesięcznej przerwie, przedwczoraj wróciliśmy wszyscy do Białowieży i od razu usiedliśmy z Krystianem do obmyślania kolejnych scenopisów. Na pierwszy ogień poszła Scena 12/II. Tworzyć i walczyć – rzecz o eksplozji roślin wczesnowiosennych i ich kwiatów, o sensie masowego rozrodu roślin.

zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Niepokorny Budrys i samozwańczy woźnice
21 lutego 1994 r.
Sądny dzień. W ostoi żubrów, przy paśnikach i na polanie, od kilku tygodni dokarmiane jest stado około sześćdziesięciu zwierząt. Za zgodą dyrektora Parku Narodowego, od kilku dni – mroźnych i śnieżnych dni – na różne sposoby staraliśmy się sfilmować żubry podczas żerowania i biegu. Prawie cały czas pomagał nam Jasio Szpakowicz, pracownik Ośrodka Hodowli Żubrów BPN. Cierpliwie wielokrotnie okrążał stado saniami, starając się skierować zwierzęta w naszą stronę. Żubry z wolnościowego stada, dokarmiane w okresie zimy, przyzwyczajone są do widoku konia i sań, dlatego – niczym strażnicy żubrowi rozwożący siano – próbowaliśmy podjechać z kamerą w środek stada.
© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Niepokorny Budrys
Serce biło z emocji. Niesamowite wrażenie, mieć wokół siebie – dosłownie naokoło – kilkadziesiąt kudłatych dzikich mocarzy, największych zwierząt lądowych Europy. Niektórym mogłem nawet zajrzeć w oczy z dwóch, trzech metrów, gdy odpowiednio blisko rzuciłem wiązkę siana.
Dzisiaj jesteśmy sami od dwóch godzin, strażnik z OHŻ, który powoził saniami, musiał pojechać do osady w Zwierzyńcu, na zaplanowany przemiał zboża dla żubrów. Wróci za kilka godzin, by odebrać konia i sanie. Sami musimy porozumieć się z koniem. A Budrys – jak zwykle – robi to, co chce. Jako koń dyżurny w Rezerwacie Hodowlanym, znany jest z niezależności. Wprawdzie parę razy podjechaliśmy do stada i skręciłem trochę taśmy, ale w końcu Budrys zawziął się i stanął w miejscu, nie reagując na nasze polecenia i prośby. Mało tego, machnął parę razy łbem, podskoczył nieco i... sam wyprzągł się z sań. Na dodatek, zakręcił szyją i wysunął z zaczepów rzemienie, luzując całkiem chomąto. I zaczęło się...
Trzech dyletantów, od dwóch godzin próbuje zaprząc jednego niepokornego konia. Już mi się nawet udało założyć chomąto, zaczepić rzemienie, związać dyszle uprzężą. Wtedy reszta ekipy, z uznaniem wydała okrzyk zachwytu. Wystarczyło! Nie wiem jak Budrys to zrobił – w ułamku sekundy znów stał luzem.
Przerobiliśmy to – już bez aplauzu – chyba ze dwadzieścia razy. Znudzony koń przestał nawet się wyprzęgać, co przyjąłem za dobrą monetę. Próbuję jeszcze raz. Pełen wiary, że tym razem musi się udać, wybieram lejce, cmokam, a koń posłusznie rusza parę kroków, ale... sam. Dyszle opadły w śnieg, a sanie ani drgnęły...
Ręce mi opadły. Na dodatek, żubry odchodzą w pośpiechu. A jednak – mamy szczęście! Na skraju polany pojawił się nasz strażnik.

zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Chwila gorącego szczęścia na siarczystym mrozie: spontaniczne ognisko, kaszanka od Jurka Siemieniuka i puszka Kodaka
25 lutego 1994 r.
Ciąg dalszy zimowych zdjęć z żubrami. Marzniemy i my, i strażnik Jurek Siemieniuk, który nam dziś pomaga. Ziąb straszny. Jest –17°C i na dodatek wietrznie! Nasz opiekun ma jednak coś, co może nas rozgrzać bez reszty. Wyborne dwa kilogramy świeżej kaszanki, własnego wyrobu. Na skraju polany rozniecamy małe ognisko. Ale jak u diabła usmażyć kaszankę bez patelni. Niemal w tej samej chwili wszyscy wpadamy na ten sam pomysł. Filmowcy-pomysłowcy! Puszka taśmy Kodaka wędruje do worka ciemniowego i tam zostaje wyjęty z niej negatyw i zabezpieczony przed naświetleniem. A dolna część puszki i kombinerki pozwalają nam osiągnąć cel. Jest pięknie, smacznie i nawet trochę ciepło!

Właśnie otrzymaliśmy dwie ważne zgody: przedłużenie zezwolenia na filmowanie zwierząt chronionych z Ministerstwa Ochrony Środowiska oraz kolejne zezwolenie na wykonywanie zdjęć lotniczych ze Sztabu Generalnego Wojska Polskiego.

29 marca 1994 r.
zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Po zdjęciach w leśnictwie Jurka Glada
Dzisiaj też ognisko. Posiłek po skończonej robocie u leśniczego Jerzego Glada smakuje jak nigdy. Jurek pomaga nam od lat. Nigdy nie odmówił pomocy. Jak tylko jest jakiś problem techniczny w lesie, Jurek wie, jak go rozwiązać. Dzisiaj koło Gierkówki kręciliśmy ujęcia ze ścinką drzew. Przy ujęciach ze zrywką pomagał również teść Jurka, Borys Wołkowycki. Z panem Borysem znamy się także od lat i to z jego bryczki korzystaliśmy najczęściej.

27 kwietnia 1994 r.
Wieczorem wertuję stertę papierów: scenopisy, zapiski, uwagi. Obmyślam plan pracy ekipy na najgorętszy w naszej robocie miesiąc – maj. Czeka nas mnóstwo roboty...

29 kwietnia 1994 r.
zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Evodinus borealis zajada pyłek zawilca
Szukamy rzadkiego gatunku owada. Nazywa się Evodinus borealis. Mamy zgodę dyrektora Parku na odłowienie pięciu okazów. Jesteśmy w Rezerwacie Ścisłym przy trybie Sierganowskim na początku oddziału 256. Przyjechaliśmy wozem konnym, ze strażnikiem Mikołajem Jaganowem. Przez pierwsze trzy kwadranse wytężamy wzrok bez sukcesu, ale w ciągu następnych godzin przeszukiwania kwiatów zawilców znajdujemy ponad pięćdziesiąt osobników odżywiających się pyłkiem.

30 kwietnia 1994 r.
Od kilku wieczorów od strony Zastawy dobiegał nas w Myśliwskim rechot rzekotek. Dzisiejszej nocy poszedłem z Beńką za tym głosem. Okazało się, że tokują w stawach na terenie skansenu regionalnego budownictwa. Za zgodą właściciela, weszliśmy do środka i teraz Beńka nagrywa chóralne żabie wrzaski oraz głosy pojedynczych śpiewaków. Tych ostatnich staram się namierzać latarką na brzegu wody i na płyciźnie, aby można ich podejść z mikrofonem jak najbliżej. Tak upływa nam czas prawie do trzeciej nad ranem. Dobrze, że jeszcze nie ma komarów.

12 maja 1994 r.
zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Słonka wysiadująca obok Narewkowskiej
Nasz znajomy, Karol Zub – białowieski przyrodnik, pracownik Zakładu Badania Ssaków i przewodnik specjalistycznych wycieczek, znalazł gniazdo słonki. Właśnie podczas oprowadzania wycieczki, niedaleko drogi Narewkowskiej. Gdy się o tym dowiedziałem, pojechałem natychmiast z kamerą na miejsce. Trafiłem bez problemu.

14 maja 1994 r.
Rezerwat Michnówka. Przyjechaliśmy na zdjęcia do boru bagiennego, pełnego mchów torfowców. Jednak słońce dzisiaj niełaskawe dla nas. Beńka wykorzystuje czas, nagrywa ptaki, zwłaszcza kukułkę, a tymczasem do mikrofonu pchają się komary. Dosłownie, całe tabuny obsiadają osłonę przeciwwietrzną. I nas także atakują wielkie chmary. Na szczęście mamy ze sobą pszczelarskie kapelusze z siatką.

Po południu odwiedza nas córka parkowego leśniczego. Małgośka Szczerba – młoda, wrażliwa poetka, taki samorodek. Przyniosła kilka ujmujących wierszy o swojej Puszczy...

16 maja 1994 r.
zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Nicienie wypełzłe z larw komarów
Podczas odławiania larw komarów, zauważyliśmy, że na dnie naczynia zbiera się duża ilość jakiś dziwnych, dwu-, trzycentymetrowych nicieni, grubych na 1, 5 milimetra. Wziąłem świeżą partię larw do nowego naczynia i zacząłem obserwacje pod lupą. Oniemiałem z wrażenia. Bardzo dużo larw, w swojej środkowej części było owiniętych jakby nitkami. Wskutek poruszenia (zaburzenia wody przy odławianiu) te nitki zaczynały się rozwijać. W ciągu kilku minut wypełzając dosłownie z korpusów larw, opadały na dno. Natychmiast powiadamiam o tym dwie panie: Beatę Biernat i Joannę Stańczak z Instytutu Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni, które mieszkają akurat w Myśliwskim, a przyjechały do Puszczy na badania kleszczy dręczących m.in. żubry.
© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Arek Szymura sprawdza dziuplę włochatki
Dzięki nim kontaktuję się natychmiast z Katedrą Zoologii Bezkręgowców Uniwersytetu Gdańskiego i po kilku minutach wiem już, że są to nicienie Mermythidae, pasożytujące na larwach komarów i w ten sposób dziesiątkujące ich populację. Tacy nasi niby-sprzymierzeńcy. Więc znów odkryłem coś, co już dawno odkryto...

8 czerwca 1994 r.
Zakładamy ambonę przy dziupli sóweczki w starej osice. Znalazł ją Karol Zub. Stwierdził wylęg młodych 14 lub 15 maja, więc młode powinny wychodzić gdzieś pomiędzy 7 a 11 czerwca. Według literatury, po 25 – 28 dniach od wyklucia. Będzie jak znalazł. W ten sposób uzupełnię scenę z sóweczkami, nakręconą w ubiegłym roku materiałem z parą z sąsiedniego rewiru.

13 czerwca 1994 r.
Arkadiusz Szymura, zawołany przyrodnik i nauczyciel z Technikum Leśnego w Białowieży, znalazł wypluwki włochatki pod wielką sosną ze starą dziuplą dzięcioła czarnego. Jest szansa, że sowa zagnieździła się tutaj. Włochatka, obok sóweczki i puchacza, idealnie pasowałaby do IV części TĘTNA... Ponieważ Arek znakomicie wspina się po drzewach, poprosiłem go dzisiaj, żeby sprawdził dziuplę. Niestety – młodych nie ma.

21 czerwca 1994 r.
Po powrocie ze zdjęć zastaję w recepcji Domu Myśliwskiego kartkę od Meli Kaweckiej:
    © Jan Walencik
    zobacz powiększenie
    Niezależnie od peryskopu do filmowania pod powierzchnią wody, wielokrotnie używam specjalnie skonstruowanej obudowy do zdjęć z „pół-wody” (kamera widzi nad i pod powierzchnią wody)
  1. Kwitnie kilka sztuk storczyka – buławika czerwonego, przy kolejce od SW składnicy przy linii Cyfa, na E od składnicy. To jest na granicy oddziałów 522 C i 546 A. Tam też kwitnie storczyk plamisty, trochę dalej na E.
  2. Kwitnie rzadka roślina kserotermiczna – więzówka bulwkowata, przy Jagiellońskim, w oddziale 526 B, naprzeciw skośnej dróżki, w kierunku Grudek, w pobliżu pola karmowego.

24 czerwca 1994 r.
Wcześnie rano podglądałem w Rezerwacie lisa, a koło dziesiątej pojechaliśmy na zdjęcia i... zeszło prawie do wieczora. Teraz biegiem na późny obiad. Wchodzimy do Iwy, przez część hotelową do restauracji, ale widzę, że stolik – nasz od miesięcy – jest zajęty. Zastawiony nakryciami, z wielkim tortem na środku. Odruchowo przechodzę do następnego wolnego stolika i siadam przy nim. Ale reszta ekipy wcale nie siada. Zrozumiałem dopiero teraz.
– Sto lat, sto lat – pani Zosia Wołkowycka, szefowa Iwy, pani Ania Buszko z recepcji, Ewa Bajko i kucharki wyśpiewują na całą salę.
Moi też – chórem! A to niespodzianka! W amoku roboty zupełnie zapomniałem o imieninach. Ale mnie miło podeszli! I tak wiem, że to nie pierwsza zmowa ekipy za moimi plecami. Ale całkiem przyjemna. Zresztą w Iwie, gdzie stołujemy się dzień w dzień, zawsze spotykamy się z życzliwością. Nawet, kiedy czasy są niełatwe, zawsze możemy liczyć co najmniej na – sprawdzone i dobrze nam znane danie – pierś z kurczaka, a nieraz miła pani Zosia podrzuca nam jakiś frykas.

© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Dyrektor Białowieskiego Parku Narodowego, doktor Czesław Okołów, poszukuje rzadkich gatunków korników
25 czerwca 1994 r.
Kiedy jeszcze śpię, o świcie – o czwartej rano – moja ukochana nagrywa śpiewające ptaki w Parku Pałacowym BPN. Chyba już tak z tydzień, co rano...

14 lipca 1994 r.
Już na etapie przedscenariuszowym doktor Czesław Okołów zaproponował, by w TĘTNIE... pokazać bardzo rzadkie korniki, występujące w Puszczy Białowieskiej. I teraz, od kilku dni szuka dla nas czterooczaka oraz listwiaczka Chołodkowskiego – takie tam, kilkumilimetrowe pecynki. Jak na razie bez powodzenia. Rzadkości można szukać całymi dniami i nic, ale gdy uda się natknąć na właściwe miejsce, to...

24 lipca 1994 r.
Dzisiaj niedziela, więc znajduję trochę czasu na remanent. Próbuję zreasumować stan posiadania. Które sceny są definitywnie gotowe, które wymagają uzupełnień, a które w ogóle nie są ruszone. Widzę jasno, że tych ostatnich jest jeszcze dość dużo. Próbuję racjonalnie określić, czy damy radę je zrealizować niebawem, bo przecież zostały już tylko dwa miesiące tego lata. Widzę jasno, że zabraknie nam czasu. Po raz pierwszy artykułuję wyraźnie to, co od tygodni chodziło mi po głowie: Bez przedłużenia zdjęć na przyszły sezon wiosenno-letni, możemy nie dać rady. Trzeba będzie ten problem przedstawić tam, gdzie od lat rozumie się, co znaczy być zdanym na kaprysy Natury – w redakcji.

zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Strażnicy Rezerwatu Ścisłego dzielą się swoją wiedzą i cennymi obserwacjami, a ja często korzystam z ich doświadczenia – od lewej: Cezary Bańka, Mikołaj Jaganow, Wiktor Wiktoruk i Jerzy Gabiec
Plan pracy na sierpień. Taki plan sporządzam co miesiąc, by mimo przeciwności starać się realizować scenariusz krok po kroku. Jeszcze nigdy żadnego nie zrealizowałem całkowicie, ale też nie wyobrażam sobie pracy bez nich. To byłaby klęska.

26 sierpnia 1994 r.
Razem z czterema strażnikami Rezerwatu szukam owadów próchnojadów w różnych stadiach. Ustalamy miejsca poszukiwań, przeważnie leżące martwe kłody, odpowiednio miękkie i rozpraszamy się.

27 sierpnia 1994 r.
Zbyt mało okazów znaleźliśmy wczoraj, więc dziś wyruszamy sami, na rowerach i z kamerą na poszukiwanie próchnojadów i ciekawych grzybów, bo jest ich coraz więcej. Oczywiście chodzi o grzyby niejadalne, obok których zwykli śmiertelnicy przechodzą obojętnie. Dla mnie te właśnie grzyby to symbol pierwotnej Puszczy. Nawet pleśnie. Przecież ten najpełniejszy zapach Puszczy, to woń grzybów, woń pleśni rozkładającej ściółkę, to woń pierwotnej dziczy. Koniecznie muszę tak właśnie powiedzieć w komentarzu do II części TĘTNA...

otwórz w nowym oknie
© Jan Walencik
Śniadanie prawie jak u Maneta...

Co do jadalności... Jak zawsze, z największą ochotą przerywamy robotę tuż przed południem. Celebrujemy – kiedy tylko się da – nasze śniadanie na trawie. Rzecz jasna – w upojnym aromacie grzybów.

© Jan Walencik
zobacz powiększenie
Wracam ze strażnikami Trybem Masiewskim
29 sierpnia 1994 r.
Decyzja w Telewizji Edukacyjnej podjęta! Przedłużamy zdjęcia do końca czerwca przyszłego roku. Jestem pewien, że TĘTNO... na tym skorzysta!

7 maja 1995 r.
Przez całą zimę nie było zdjęć. Ubiegłoroczne trwały do końca listopada, a w tym roku filmujemy w Puszczy od 21 marca. Dzisiaj opracowuję szczegółowe limity taśmy do końca zdjęć. Chodzi o to, żeby wystarczyło negatywu na wszystkie sceny. Nie mam wyjścia – z wielu planów muszę zrezygnować, aby uratować te najważniejsze. W takiej sytuacji każdy czułby się podle. Ale i tak nie jest źle. Jeszcze przy żadnej produkcji nie dysponowałem taką ilością taśmy. Z precyzyjnego remanentu wynika, że na całą serię będzie około trzydziestu tysięcy metrów negatywu i to najlepszego, jaki jest dostępny, negatywu EASTMAN KODAK. Wygląda na to, że przelicznik taśmy między tym, co wejdzie na ekran, a tym, co zostanie zużyte, wyniesie około 1 : 17! Dla mnie to absolutnie jasne: wszystko, co piękne musi kosztować...

9 maja 1995 r.
Otrzymałem trzecie już w tej produkcji zezwolenie Ministerstwa Ochrony Środowiska na filmowanie zwierząt chronionych w okresie rozrodu i wychowu młodych.

3 czerwca 1995 r.
Odwiedzamy z doktor Amelią Kawecką rozległe bobrowisko na rzece Hwoźnej, niedaleko granicy z Białorusią. Za kilka dni będziemy tu kręcić scenę z nurkiem i wszystko chcemy zawczasu przygotować. Ponieważ muszę mieć pewność, że nie skłamię w komentarzu, poprosiłem Melę o konsultację. I jestem już spokojny, bo Mela potwierdza, że na tamie – jak wcześniej napisałem – rośnie co najmniej kilkanaście gatunków. Ba, nasz konsultant od ręki spisuje listę dwudziestu paru roślin – łaciną!

otwórz w nowym oknie
© Jan Walencik
Z Melą – doktor Amelią Kawecką – sprawdzamy, jakie rośliny opanowały bobrową tamę na Hwoźnej

12 czerwca 1995 r.
Hura! Mamy wreszcie młodą kukułkę. Wczorajszego popołudnia znalazł ją docent Tomasz Wesołowski z wrocławskiej grupy ornitologów.
zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Rudzik karmi młodą kukułkę
Dzisiaj rano ruszyliśmy z Tomkiem na Marzenie – powierzchnię badawczą w BPN. Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Jest! W półdziupli siedzi najprawdziwsze pisklę kukułki, a obok niepokoi się para rudzików, jej niby-rodzice. Szybko rozstawiam kamerę z szerokokątnym obiektywem. Okrywam maskującą tkaniną. Podłączam długi kabel do zdalnego wyzwalania i podsuwam wszystko. Pięćdziesiąt centymetrów od kukułki. Odchodzimy na dobre trzydzieści metrów. Jeszcze nie ukryliśmy się za leżącą kłodą, a już podlatują obydwa rudziki i karmią kilkakrotnie od nich większe pisklę. Nie posiadam się z radości. Posiadam jednak w ręku zdalny spust kamery, który włączyłem przezornie wcześniej.
Po trzech godzinach, mam wszystkie ujęcia, jakie były mi potrzebne. Idziemy po kamerę, tymczasem kukułka w najlepsze rozsiadła się na niej.

20 czerwca 1995 r.
Prowadzę Poloneza przez Hajnówkę. Obok siedzi Krzysiek. Byłoby normalnie, gdyby nie to, że przed nami jedzie drugi Polonez, który ciągnie nas na linie.
Rano nic nie zapowiadało pecha. Pojechaliśmy z Krzyśkiem za Hajnówkę, Dubińską Drogą przez Puszczę, w kierunku doliny rzeczki Chwiszczej, z nadzieją, że zamaskowani w podszycie, zrobimy od dołu parę ujęć bociana czarnego, lądującego na gnieździe albo wylatującego z niego. W miejscu, gdzie leśny dukt kończył się, a zaczynała łąka doliny, należało zostawić samochód, zabrać graty i dalej iść pieszo dobre trzy kwadranse.
zobacz powiększenie
© Jan Walencik
Przygotowuję plan do filmowania rzadkich owadów, sprawdzam warunki zdjęć
Zatrzymałem więc samochód jak należy. Przyszło mi na myśl, że może podjadę jeszcze parę metrów w cień. I podjechałem... łup! Zgrzytnęło, zachrupało, poczułem uderzenie! Wrzuciłem wsteczny i ruszyłem, znacząc trawę szeroką, czarną smugą oleju. Urwałem filtr olejowy. Wjechałem nim dokładnie na słupek geodezyjny, ledwo wystający z trawy. I co teraz? Decyzja była szybka: Krzysiek został w samochodzie, a ja ruszyłem pieszo do Hajnówki, szukać jakiejś pomocy. Przeszedłem parę kilometrów przez las, a potem drugie tyle przez Hajnówkę, bo jakoś nie mogłem złapać żadnej okazji. Może dlatego, że dziś sobota. Tym bardziej szukałem pomocy bez entuzjazmu. Aż trafiłem do jedynego czynnego zakładu samochodowego. Jego właściciela Adama Ambrożewicza, nie musiałem nawet specjalnie namawiać – wrzucił linkę holowniczą do swojego Poloneza i ruszyliśmy w las.
I oto jesteśmy już z powrotem w jego zakładzie. W ciągu niecałej godziny udaje się założyć nowy filtr w naszym samochodzie i zalać świeży olej. Auto pracuje bez zarzutu. Dziękujemy Adamowi, naprawdę nas uratował. Odjeżdżamy. Wcale nie do domu. Tak, tak – wracamy do Puszczy, nad Chwiszczej! Pomny doświadczenia sprzed paru godzin, zatrzymuję samochód o wiele wcześniej. Zabieramy sprzęt, ruszamy pieszo. Po niecałej godzinie siedzimy jak trusie pod gniazdem leśnych bocianów – mimo komarów tnących jak licho. Mija zaledwie kwadrans i mam na taśmie lądującego na gnieździe bociana. Odlot także. Do późnego popołudnia łapiemy jeszcze parę przylotów i odlotów.

6 lipca 1995 r.
Czwartek. Dziwnie jakoś. Dziś ostatni dzień filmowania w Puszczy. Robiliśmy ostatnie zdjęcia poklatkowe, a potem ujęcia ze szczątkami dzięcioła przy kopcu mrówek i parę innych.
Pożegnanie po dwudziestu jeden miesiącach zdjęć. Uściski z pracownikami Domu Myśliwskiego, z najbliższymi i dalszymi sąsiadami. Cóż, z wieloma osobami zżyliśmy się. Nie ma co, Białowieża była naszym domem...

otwórz w nowym oknie
© Jan Walencik
Zżyliśmy się z naszą Puszczą, z ulubionymi miejscami – Beńka koło naszego świerka, szczudlastego, bo wykiełkował na grubej kłodzie, a jak podrastał, kłoda obróciła się w próchnicę

 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif