• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotoopowieści arrow Toksyną w palucha
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Toksyną w palucha Email
Autor: Kazimierz Pańszczyk   
Kazimierz Pańszczyk W tym odcinku, podobnie jak w poprzednich, również będzie mowa o tak zwanym niekorzystnym splocie fotograficznych wydarzeń. Czyli krótko mówiąc o czymś, co moglibyśmy żartobliwie nazwać foto-niefartem. Co prawda niżej opisane nieszczęście nie dotknęło mnie bezpośrednio, niemniej jednak byłem drugoplanowym uczestnikiem pamiętnego wydarzenia.
Jak wszyscy wiemy, wiosna to okres niesamowitego rozkwitu życia. Niestety, większość z nas pochłonięta pracą zawodową nie jest w stanie zaobserwować nawet cząstki tego wspaniałego spektaklu, nie mówiąc już o wykonaniu jakiegokolwiek obszerniejszego fotoreportażu. Ale jeśli zdołamy już wygospodarować nieco więcej czasu chcielibyśmy jak najwięcej tych cudów natury upchnąć w naszych "czarnych skrzynkach". Niestety, fenomen wiosennego przebudzenia rozgrywa się w tak ogromnej skali, że nawet najdoskonalsze urządzenie rejestrujące obraz nie jest w stanie tego wszystkiego objąć. Wiedząc o tym powinniśmy się raczej skupić na tematach, które naprawdę nas interesują. Dożo racji jest w powiedzeniu które mówi, że jak robi się wszystko, to na ogół dobrze nie robi się nic. Niemniej jednak człek wiosną chciałby naprawdę uchwycić jak najwięcej tego wspaniałego piękna jakie niesie ze sobą ta magiczna pora roku. W ostatnich latach troszeczkę już zwolniłem, jak mawia młodzież - nieco wyluzowałem, ale były lata kiedy naprawdę ciągnęło mnie w plener jak wilka do lasu.
Pamiętam, jak kilka lat temu zaplanowaliśmy z moim wieloletnim kompanem fotograficznych wypraw, Ludwikiem Krzeczkowskim, jedną z takich wiosennych niedziel. Założenia oczywiście były ambitne, a i poniekąd cel również został osiągnięty. A zatem skoro wszystko poszło znakomicie, to gdzie w tym wszystkim miejsce na pechową historyjkę? Ano, w całym tym wiosennym przekładańcu jednego incydentu niestety nie wzięliśmy pod uwagę.

Gdzieś około drugiej w nocy wyruszyliśmy na kończące się już w owym roku tokowisko cietrzewi. Mniej więcej na godzinę 8:00-8:30
zobacz powiększenie w galerii
Cietrzew© Kazimierz Pańszczyk
zaplanowaliśmy foto-seans z pokląskwami, w przerwie miała być kawa, kanapka, a następnie kolejny temat w godzinach już przedpołudniowych, ze żmiją zygzakowatą w roli głównej. W zasadzie taki rozkład zajęć był jak najbardziej wykonalny. Gdyby jeszcze w południe na torfach ludźmierskich wygrzewały się krokodyle, a po południu zasiadły tam ze trzy tuziny gęsi zapewne też próbowalibyśmy na taką atrakcję zapolować. Ale było tam tylko tyle lub aż tyle do sfotografowania. Całość tematycznie była oczywiście w zasięgu ręki. Trzysta metrów od tokowiska, nad brzegiem rowu melioracyjnego zaobserwowaliśmy już w poprzednią niedzielę dwie uwijające się pokląskwy przy gnieździe. Właśnie w pobliżu tego miejsca pozostawiliśmy jeszcze nocą nasz samochód. Z kolei sto pięćdziesiąt metrów dalej znajdował się okrajek torfowiska wysokiego, gdzie można było o tej porze roku napotkać sporą ilość żmij zygzakowatych, które odbywały tam swe coroczne gody.
Po niezbyt udanej sesji na tokowisku ruszyliśmy w kierunku samochodu stojącego na tyle już długo, że gniazdujące nieopodal pokląskwy przyzwyczaiły się do tego cywilizacyjnego wynalazku.
Po przyjściu na miejsce sprawnie przyrzuciliśmy siatkę na dach samochodu, tak aby ptaki nie stresowały się naszym widokiem. Z uchylonej bocznej szyby wystawał jedynie teleobiektyw. Oczywiście, sesję fotograficzną umilaliśmy sobie co jakiś czas łykiem orzeźwiającej kawy. A po kilkunastu minutach rejestrowaliśmy już ptaszki uwijające się przy "łowieniu" owadów. Z profesjonalizmem niewiele miało to wspólnego, niemniej fotografowanie z samochodu z delektowaniem się przy tym kawą niewątpliwie miało spory atut. Tym bardziej, że po nieprzespanej nocy taki foto-kawowy relaks był bardzo orzeźwiający. Po mniej więcej kilkudziesięciu ujęciach, które w zasadzie między sobą niewiele
zobacz powiększenie w galerii
Pokląskwa© Kazimierz Pańszczyk
się różniły, postanowiliśmy mimo wszystko "zapolować" na najbardziej niebezpieczne zwierzę tych okolic. A mianowicie na żmiję zygzakowatą.
Za sobą mieliśmy już spory bagaż doświadczeń z lat poprzednich jeśli chodzi o fotografowanie tych zwierząt, w zasadzie chodziło jedynie o znalezienie odpowiedniego miejsca. Czas niewątpliwie był idealny, piękna pogoda niemal w środku okresu godowego, godziny dopołudniowe, jednym słowem wszystko było na dużym plusie. Stare miejsce które nazwaliśmy już kilka lat wcześniej wężowiskiem również nie zawiodło. Jak to się mówi - "gadziny" było tam aż w nadmiarze. Podchodziliśmy bardzo ostrożnie, aby dobrze zlokalizować miejsce i oczywiście, w miarę możliwości, nie wypłoszyć wszystkiego co tam się owego dnia wygrzewało. Żmija jest zwierzęciem płochliwym i mimo że ma słaby wzrok i jest zupełnie głucha, to stosunkowo wcześnie stara się zejść człowiekowi z drogi. Podchodząc bardzo powoli w niezbyt jasnym ubraniu można zbliżyć się na uległość ok. 2m bez jakiejkolwiek reakcji ze strony tych zwierząt. Wypatrzyliśmy najpierw jedną, później drugą, a kilka metrów dalej jeszcze kolejne dwie. Z fotograficznego punktu widzenia zapowiadało się całkiem nieźle. Należało jeszcze wypatrzyć samicę, wokół której zawsze najwięcej się dzieje i przystąpić do działania. Po chwili poszukiwań była i samica, spora jasnobrązowa z dobrze zaznaczoną ciemno-czekoladową wstęgą kainową. Stosunkowo szybko się spłoszyła podobnie jak samiec, którego wypatrzyliśmy kawałek dalej. Jednak miejsce według naszej oceny było odpowiednie, suche i bez nadmiaru roślin. Szybka decyzja - tu się kładziemy, rozkładamy sprzęt i czekamy. Oczywiście, wcześniej oznaczyliśmy miejsca niewielkimi kilkucentymetrowymi gałązkami sośniny. Wszystko po to aby ustawić się jak najlepiej pod kątem sesji zdjęciowej. Należało jeszcze bez większych ceregieli rozłożyć sprzęt, usunąć zbędne trawy sprzed obiektywu, położyć się i cierpliwie czekać.
zobacz powiększenie w galerii
Pokląskwa© Kazimierz Pańszczyk
W tego typu zdjęciach wygoda musi być, niejednokrotnie bowiem zapowiada się dłuższe leżakowanie. Jednak wiosną, w okresie godowym, oczekiwanie nie trwa z reguły zbyt długo. I faktycznie, po jakichś mniej więcej dwudziestu minutach pierwszy odważył się wyjść z ukrycia samiec. W początkowej fazie, podobnie jak przy fotografowaniu ptaków, nie należy wykonywać jakichkolwiek ruchów. Zwierzę musi nabrać zaufania i poczuć, że jest bezpieczne. Rozmawiać miedzy sobą oczywiście można bo jak już wcześniej wspomniałem węże nie mają wykształconego narządu słuchu. Już po niecałej godzinie mieliśmy naświetlone pierwsze ujęcia. Początkowo fotografowaliśmy obiektywami 4/80-200mm. Jednak po kilkunastu ujęciach kolega zbliżył się na tyle, że powoli podpiął standardowy obiektyw. Kolana, łokcie i brzuch mieliśmy już zupełnie mokre, mimo suchej wiosny torfowe podłoże miało jednak spory procent nawilgocenia. Bardzo powoli podciągaliśmy się na łokciach coraz bliżej. Co jakiś czas fotografowane przez nas żmije zaniepokojone ukrywały się, to znowu po chwili wychodziły. Taki przekładaniec trwał jakiś czas. Wypracowany dystans, ok. 80-100 cm był w zasadzie bezpieczny, poza tym, jeśli człowiek się nie rusza zwierzęta te nie są nim zainteresowane. Niestety, "mojej" żmii najwyraźniej znudziła się już sesja zdjęciowa i ukryła się na dobre. Kolega który fotografował dwa metry dalej jaskrawo ubarwionego samca zaproponował abym powoli podczołgał się w jego kierunku. Miał, jak to określił, "gadzinę" pozytywnie nastawioną do sesji zdjęciowej. Powoli podczołgałem się. Faktycznie, sporej wielkości samiec nie reagował zupełnie. Po kilkunastu ujęciach kolega zakomunikował, że za chwilę eksperymentalnie podepnie szeroki kąt.
Nie bardzo wierzyłem, że coś z tego wyjdzie. No, ale jak eksperyment, to eksperyment. Powoli niemal centymetr po centymetrze Ludwik zbliżał się to żmii. Byłem poniekąd zaskoczony tym widokiem, ponieważ samiec nie reagował zupełnie.
© Kazimierz Pańszczyk
Żmija zygzakowata© Kazimierz Pańszczyk
W tym momencie, jak dobrze sobie przypominam, odległość wynosiła nie więcej niż 30-35 cm. Kilka ujęć już powstało, podsunął się więc jeszcze bliżej a zwierzę zupełnie nie reagowało. Również i ja chcąc wykorzystać sprzyjającą okazję podczołgiwałem się bardzo powoli. Nie trudno było przewidzieć, że taka sytuacja nie będzie trwać wiecznie, trzeba było więc korzystać z obecności wyjątkowo cierpliwego modela. Raz za razem słychać było pracujące migawki. Po chwili jednak samiec ruszył się, ale tym razem był już wyraźne zaniepokojony i zaczął manifestować niezadowolenie ostrzegawczym syczeniem. Ostrzegałem kolegę aby się bardziej nie zbliżał. Dystans jaki dzielił węża od obiektywu zapewne nie przekraczał 25-30 cm. Podejrzewam, że wszystko działo się na granicy ostrzenia obiektywu szerokokątnego. Teraz zaniepokojenie było już widoczne, głowa stała w bezruchu natomiast srebrzystoczarne ciało zbijało się powoli w kłęb. Ostrzegawcze syczenie było coraz donioślejsze. Widać było, że zwierzę kumuluje energię, którą w każdej chwili może wyładować na intruzie. Zajęty powolnym podciąganiem usłyszałem...
- A niech to(…), użarła mnie.
- Żartujesz, mówię. Nawet nie zauważyłem kiedy. Gdzie?
- W palucha mnie (....) rąbnęła.
- Pokaż!
Faktycznie na palcu wskazującym prawej ręki, widać było klasyczne ukąszenie. Z tego wszystkiego nawet nie wiem gdzie podziała się fotografowana jeszcze przed chwilą przez nas żmija. W takim razie nie ma co, wstajemy, kończymy sesję, zbieramy cały ten majdan i jedziemy do szpitala. Jest niedziela, a my wyglądamy jak małe dzieci umorusane w piaskownicy. Kolana i łokcie nie dosyć że mamy mokre to jeszcze potwornie brudne. Ciekawe co powiemy gdy lekarz zapyta, jak do tego doszło?
Powiemy, że stare durnie uganiały się na kolanach z aparatami po torfowisku za żmijami? Wyjdzie to niedorzecznie. Trudno, ale przecież nie powiemy, że stało się to w kinie?
Po drodze do samochodu
© Kazimierz Pańszczyk
Żmija zygzakowata© Kazimierz Pańszczyk
osładzałem Ludwikowi nie najlepszy humor opowiastkami na temat ukąszeń z mojej wieloletniej pracy w pogotowiu. Opowiadałem jak to raz przywieźli chłopca, którego żmija ukąsiła w pośladek. Młodzieniec pasący owce usiadł, niestety nieszczęśliwie dla niego, na miedzy w miejscu, w którym wygrzewała się żmija. Wszyscy zlecieliśmy się po telefonie pielęgniarki, która zakomunikowała - doktorze przywieźli nam pacjenta...
- A co się stało?
- Ano, żmija, panie doktorze, ugryzła chłopca w dupę!
Wszyscy poszliśmy zobaczyć jak to jest możliwe.. I faktycznie, ukąsiła go dokładnie w tę najmniej "szlachetną" cześć ciała. Ale bynajmniej nie dlatego, że chłopiec był mały, lecz dlatego, że po prostu biedaczysko bezpośrednio na niej usiadł.
Moje opowieści o przypadkach ukąszeń brzmiały mniej więcej tak jakby pryszczatemu opowiadać same kawały o pryszczach. W zasadzie nie było w tym nic do śmiechu, ale trudno, dobry nastrój trzeba było jakoś w drodze do szpitala podtrzymywać.
Po przybyciu na izbę, krótka i zdecydowana diagnoza. Antytoksyna w paluch, reszta domięśniowo, szyna na przedramię i dwa dni leżakowania na oddziale.
I w taki oto sposób został domknięty pewnej wiosny nasz niedzielny foto-kalendarz.
Ale był też i optymistyczny rewers tego medalu. Miej więcej po dwóch latach od tego wydarzenia zorganizowaliśmy wystawę fotograficzną w nowotarskim MOK-u i okazało się, że jednym z najczęściej oglądanych zdjęć na wystawie była właśnie żmija, która natrętnemu fotografowi "odstąpiła" trochę własnych toksyn. Każde wystawione zdjęcie, oczywiście również i to, było opatrzone krótką anegdotą w jakich okolicznościach powstało... „Żmijowe foto” wzbudzało spore zainteresowanie być może dlatego, że zwierzę utrwalone na tym zdjęciu łączyły szczególnie bliskie więzy krwi z fotografem.
No cóż, nie często zdarza się aby pechowa sytuacja mogła zrodzić całkiem sympatyczny koniec.
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif