• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotoopowieści arrow Przeklęta babia złośnica
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Przeklęta babia złośnica Email
Autor: Kazimierz Pańszczyk   
Kazimierz Pańszczyk Stosunkowo nie tak dawno, bo niespełna ćwierć wieku temu, nie dosyć, że nie było czym fotografować, to jeszcze nie bardzo było też na czym. Pamiętne lata osiemdziesiąte pod tym względem były tak "chude", że nawet postanowiłem zaprzyjaźnić się z pewną panią sprzedającą w jedynym wówczas sklepie fotograficznym w moim mieście, aby, jak to się mówi, "wydeptać" sobie ścieżkę do materiału kolorowego. Zdobycie filmu odwracalnego UK 18 lub nieco nowszego już w owych czasach UT 21 produkcji NRD-owskiej graniczyło niemal z cudem. 50 rolek filmu ORWOCHROM na trzydziestotysięczne miasteczko, na dodatek tylko raz w miesiącu, dobitnie świadczyło o tym jak deficytowym towarem był w tamtych czasach film odwracalny. Skądinąd znakomite japońskie fujichromy były owszem dostępne ale tylko w PEWEXACH, za tak zwaną twardą amerykańską walutę. Przelicznik w owym czasie był tak niebotyczny, że za miesięczne wynagrodzenie można było nabyć co najwyżej 10-15 rolek tego znakomitego filmu. Zwłaszcza młodzież niech spróbuje sobie dzisiaj wyobrazić, że za miesiąc przeciętnego uposażenia można było naświetlić około 500 klatek na porządnym odwracalnym materiale. Oczywiście pod warunkiem, że cały miesiąc pozostałoby się człowiekiem zupełnie wolnym od zasobów finansowych. Ale w tamtych czasach, mimo ogromnych braków sprzętowych, był wielki zapał do rejestracji dzikich obrazów. Niektóre gatunki ptaków niewątpliwie były bardziej liczne, inne zapewne mniej, ale przede wszystkim ludzie w całym tym otoku socjalistycznej szarości byli jacyś bardziej życzliwi jak dzisiaj.

Początek lat 80-tych to mimo wszystko domena fotografii czarno białej, kolor owszem był, ale jak już wspomniałem tylko na wyjątkowe okazje. Z kolei aparaty fotograficzne oferowane na tak zwanym oficjalnym rynku nie bardzo nadawały się do rejestracji bardziej ambitnych obrazów. Dzisiaj może się to wydać nieprawdopodobne, ale „starzy” mistrzowie obiektywu odnosili znakomite sukcesy na jeszcze bardziej archaicznym sprzęcie. Niewątpliwie najbardziej znanym i niezaprzeczalnym autorytetem jeszcze przed II wojną był Włodzimierz Puchalski (1909-1979). Niedościgniony wzór, żywa foto-legenda zarówno tej przedwojennej jak i powojennej fotografii przyrodniczej. To na albumach Puchalskiego, Łapińskiego czy, nieco już później, braci Kłosowskich kształtowałem własny fotograficzny image. Każdy kadr oglądany w albumach to była odrębna dzika opowieść. Nawet wydania czarno białe, mimo poligraficznej niedoskonałości, również kształtowały mój punkt widzenia na przyrodę. Po kilku latach doświadczeń, zmian obiektywów, aparatów i, co tu dużo mówić, ciągłego pasma porażek, nadszedł wreszcie czas na pierwsze zadowalające wyniki. Wraz z pierwszymi sukcesami zwiększył się też apetyt na bardziej wyrafinowane obrazy. Po kilku latach podglądania cietrzewi, przyszedł czas na prawdziwe wyzwanie, na głuszca.

Niestety, te wspaniałe ptaki już z końcem lat 80-tych były tak przetrzebione na południu Polski, że występowały
© Kazimierz Pańszczyk
© Kazimierz Pańszczyk
jeszcze sporadycznie w Tatrach, wyspowo w paśmie Gorców i w Beskidach. I właśnie tam, w babiogórskich lasach, utrzymywała się jeszcze stosunkowo dosyć liczna populacja tych ptaków. Zarówno od strony Zawoi, gdzie ostały się jeszcze wspaniałe kompleksy pradawnej kniei czatożańskiej jak i na południowych stokach czoła babiogórskiego ciągnącego się aż poza granice pasma Policy. Gdzie dokładnie te ptaki miały miejsca tokowe tego w owym czasie jeszcze nie wiedziałem. Natomiast jednego byłem pewien, że w góry, gdzie na dobre króluje jeszcze zima, nie można zapuszczać się samotnie. Dlatego kolejny już raz na poszukiwanie ptasich osobliwości wyruszyliśmy na polsko-słowackie pogranicze w nieodłącznym duecie Krzeczkowski-Pańszczyk.

Słowacy nie wiedzieć czemu nazwali tego pięknego ptaka horskim hlukanem. Wiedziałem, że gdzieś tam są, ale gdzie i ile babiogórska knieja skrywała jeszcze tych górskich hlukanów, Bóg raczył wiedzieć. Skąpo zebrany wywiad od babiogórskich leśników raczej nie zapowiadał większego sukcesu ale, jak to się mówi, kto nie próbuje ten nie smakuje. Ponadto każda z naszych wypraw, co tu dużo ukrywać, i tak była na bakier z parkowymi przepisami, które wyraźnie nakazują poruszanie się tylko wyznaczonymi szlakami. Ale dzięki młodzieńczemu buntowi byliśmy w miejscach, których większość turystów zapewne nigdy nie zobaczy. Delektowaliśmy się dziką głuszą, odnajdywaliśmy stare, naskalne XVIII wieczne zbójeckie znaki, zaglądaliśmy do pieczar, była też pogoń za metafizycznym odbiciem tej "diabelskiej" góry. Zwariowanych przygód było znacznie więcej, ale czy młodość to nie idealny wiek na realizację najbardziej szalonych pomysłów? Hen, na szczycie Babiej Góry niejednokrotnie nachodziła nas myśl o ludziach, którzy tu zginęli, a że jest to góra niebezpieczna wzmiankowali o tym już w XVIII wieku Franciszek Kniazin i Seweryn Goszczyński:

"Przeklęta Babia nad wszystkie złośnice matka niepogód, nim się w niej wichry zakrztuszą, uciekaj z duszą bo ci w piorunie z ramienia sfrunie".

A że nie była to do końca fikcja literacka niechaj świadczy fakt, że w ostatnim stuleciu zginęło tam, tylko na skutek załamań pogody, co najmniej 10 osób, nie licząc kilkudziesięciu ofiar katastrofy samolotu pasażerskiego, jaki rozbił się na stokach Policy w 1969r. Szacunek do gór zawsze miałem, jak i też zdawałem sobie sprawę, że człowiek w pewnych okolicznościach jest zupełnie bezsilny wobec górskiego żywiołu. A góry, zwłaszcza te niepozorne, które na ogół się lekceważy, potrafią być nad wyraz złośliwe, jak chociażby ta Babia, "przeklęta złośnica". Niemal wszystkie przypadki zaginięć czy górskich tragedii miały na ogół miejsce przy złej pogodzie, wiedząc o tym niemal zawsze wybieraliśmy się w okresie doskonałej, wyżowej pogody. Połowa marca to w górach jeszcze pełnia zimy, ale jest to również znakomity czas na fotograficzne wędrówki. W niektóre lata pokrywa śnieżna ponad granicą lasu sięga czasami nawet i dwóch metrów. Niemniej śnieg jest tak zbity i zlodowaciały,
© Kazimierz Pańszczyk
© Kazimierz Pańszczyk
że idzie się po nim jak po utwardzonym trakcie. Ponadto, zimowa włóczęga po zmrożonym śniegu jest mniej uciążliwa od letniej, chociażby ze względu na rześkie powietrze. Z fotograficznego punktu widzenia światło o tej porze roku jest znakomite.

Posmak przygody poczuliśmy pamiętnego dnia po przybyciu na miejsce ok. 3:00 nad ranem. Rześkie powietrze, świeży zapach sosnowo-jodłowego lasu i potężna, ciemna ściana pradawnej kniei, jeszcze bardziej ugruntowały nas w przekonaniu, że tu na pewno musi być kraina głuszca. Powoli, właściwie bez użycia sztucznego światła, wspinaliśmy się coraz wyżej, co jakiś czas odpoczywając i nasłuchując, czy aby z głębi kniei nie dochodzi jakieś głuszcowe korkowanie. Mijaliśmy dorodne jodły, które w ciemności wydawały się jeszcze potężniejsze dając wyobrażenie o ogromie pradawnej puszczy karpackiej. Na północnych stokach, pod Cylem (1517 m n.p.m), rósł niegdyś wspaniały okaz jodły nazywanej przez miejscowych "grubą jedlą", która osiągnęła, jak na tę strefę klimatyczną, naprawdę imponujące rozmiary - 55 m wysokości, 700 cm obwodu, oraz 50 metrów sześciennych masy drzewnej. Świerkowe lasy z rosochatą buczyną karpacką i domieszką takich wspaniałych jodeł, to niemal wymarzone miejsce dla głuszca. Pełni nadziei i optymizmu posuwaliśmy się w tej leśnej głuszy, co jakiś czas nasłuchując, czy aby coś się nie odezwie. Ale niestety, nic nie było nam dane tego ranka usłyszeć.

O wschodzie znaleźliśmy się na granicy lasu skąd rozścielała się wspaniała panorama Tatr z uroczą doliną Orawy. Po pięknym, czerwonokrwistym wschodzie nadszedł czas na śniadanie i uzgodnienie dalszej trasy poszukiwań. W ciągu dnia nie liczyliśmy już na usłyszenie głosów tokowych, jednak mieliśmy nadzieję, że gdzieś tu, na niewielkich śródleśnych polankach, odnajdziemy jakiś głuszcowy trop. To z kolei pozwoli określić, czy jest to miejsce tokowe, czy też nie. Niestety, poza pięknymi widokami nic owego dnia nie było nam dane zobaczyć. Wreszcie, po dalszej wędrówce dotarliśmy na tajemniczą polankę, na której nie było prawie wcale śniegu. Co ciekawe, natrafiliśmy tam na spore ilości borówki brusznicy. Polanka, w kształcie okręgu o średnicy ok. 40 m, była idealnie płaska, choć całe zbocze było nachylone pod kątem ok. 30-35 stopni. Sprawiała wrażenie jakby ją tam ktoś wkleił, była zupełnie nie pasującym, wręcz sztucznym tworem w tej śnieżnej krainie. Ponieważ dochodziła godzina 11:00 postanowiliśmy odpocząć w tym jakże uroczym miejscu. Widok mieliśmy przepiękny, poza tym borówka okazała się jak najbardziej jadalna, mało tego, smakowo była wręcz wyśmienita. Po jakimś czasie zupełnego lenistwa postanowiliśmy wygrzewać się dalej w marcowym słońcu, odpuszczając na dobre głuszcowe poszukiwania. Było cudownie, cicho. Nadzwyczaj ciepłe słońce grzało tak, że siedzieliśmy w samych koszulkach. Po jakimś czasie zacząłem baczniej przyglądać się granicy polanki. Było tam coś, co w zasadzie trudne było do wyjaśnienia. Obrzeża tego dziwnego okręgu były bez śniegu,
© Kazimierz Pańszczyk
© Kazimierz Pańszczyk
natomiast na krańcach wznosiła się niemal pionowa, śnieżna ściana z widocznym przekrojem. Metr dalej była już normalna pokrywa śnieżna sięgająca ok. 140-150 cm. Odnosiło się wrażenie, jakby jakaś ogromna dmuchawa czy wir wyssała stamtąd śnieg tworząc równomierny okrąg. Dziwne rzeczy widziałem ale z czymś podobnym jeszcze się nie zetknąłem. To było gdzieś w okolicy Kuchyni (dawna nazwa Diabla Kuchnia). Nasłuchaliśmy się różnych opowieści na temat tej góry - o diabłach, złych mocach, płanetnikach i Bóg wie jeszcze o czym więc dyskusja i dywagacje o tym dziwacznie wyglądającym zjawisku trwały bez ustanku. Nie ma śniegu, a na domiar jest tyle dorodnych i dobrze zachowanych brusznic? Zaiste, ciekawe zjawisko. Może to jakieś siły metafizyczne, a może ta góra wytwarza własną, nikomu dotąd nie znaną aurę?
Eee...tam, to jakieś gusła i duperele, skwitował Ludwik.
Po tej niemal naukowej dyskusji ustaliliśmy, że poleniuchujemy jeszcze w słońcu, a następnie powoli zaczniemy ciągnąć się w kierunku samochodu. Gdzieś około godziny 14:00 zaczęliśmy się pakować. Jak zwykle sprawdziliśmy czy coś nie zostało i ruszyliśmy w drogę. Było nadal bardzo ciepło. Sprawnie wdrapaliśmy się na śnieżną ścianę na skraju polanki i ruszyliśmy przed siebie. Zrobiłem zaledwie kilka kroków i wpadłem niemal po pachy w śnieg, na szczęście plecak co nieco zamortyzował. Oczywiście, była przy tym kupa śmiechu, po czym kolega pomógł mi się wygramolić z tej śnieżnej pułapki. Kilka kroków i powtórka, ale tym razem wpadliśmy już razem.
Co jest?
Wspomniałem Ludwikowi, że jak wpadłem pierwszym razem to nie czułem gruntu. Aj tam..., jakieś pierdoły opowiadasz! Przecież drzewa tu rosną to musi być grunt! - odparł Ludwik.
No niby racja (...), przytaknąłem, jednak czułem, że coś jest nie tak.
Kolejne kilka kroków nie dało już złudzeń, znowu wpadka niemal po pas.
Teraz nie było już nam do śmiechu.
Po chwili wszystko było jasne. Temperatura była na tyle wysoka, że wierzchnia, zmrożona dotąd warstwa śniegu zmiękła do tego stopnia, że po prostu się zapadaliśmy. Dwa, trzy kroki i znowu ciach, prawie po pas w śnieg. W takich warunkach było niemal pewne, że daleko nie zdołamy zajść, a trzeba było jeszcze uważać, aby nie nabawić się kontuzji kolana. W dodatku śnieg pod spodem okazał się strasznie mokry. Po przejściu kilkuset metrów byliśmy dokładnie przemoczeni i zupełnie wyczerpani. Jak pamiętam, problem polegał na tym co dalej robić, praktycznie w tych warunkach dalej nie dało się iść...

W owych czasach nie było GPS-ów, telefonii komórkowej i tym podobnych wynalazków (legalnie to był tylko chyba ocet na półce i nic więcej). Do samochodu pozostało jeszcze ok. trzech kilometrów, a tu po przejściu kilkuset metrów mieliśmy serdecznie dosyć. Męska narada, co dalej robimy? Najlepiej byłoby rozpalić ogień, co nieco się przesuszyć, poczekać do nocy aż przymrozek zetnie wierzchnią warstwę i wówczas zejście zajęłoby nam góra 40-50 minut. Druga strona medalu była taka, że zanim to
© Kazimierz Pańszczyk
© Kazimierz Pańszczyk
cholerstwo zamarznie będzie co najmniej 22-24 w nocy. A do tego czasu, gdybyśmy nie pojawili się w domach, to nasze „lepsze połówki” podniosą okropne larum z poruszeniem oczywiście GOPR-u i wszystkich świętych!! Po takim incydencie trzeba będzie sobie w przyszłości wybić z głowy jakiekolwiek nocne foto-wypady. A zatem musieliśmy podjąć nader poważną decyzję. Długo zastanawialiśmy się co dalej robić, wyczerpanie dawało, mimo wszystko, coraz mocniej o sobie znać. Na domiar dokuczało okropnie nieprzyjemne uczucie mokrych spodni i wody w butach. Podjęliśmy decyzję, że mimo wszystko idziemy, ile się da odpoczywamy i jak Bóg da to jakoś powoli zatoczymy się do samochodu. Ryzyko polegało na tym, że możemy doprowadzić się do skrajnego wyczerpania, a wówczas nie byłoby już w ogóle do śmiechu. W zasadzie bilans płynów w organizmie już mieliśmy ujemny, a paradoksalnie śniegiem, mimo że jest to też woda w nieco innej postaci, nie bardzo można się napić. Na domiar złego, przy kolejnym odpoczynku zaczeliśmy mieć wątpliwości, czy trzymamy poprawny kurs. W takich warunkach nie można sobie pozwolić na jakąkolwiek pomyłkę. Przejście każdych 100 metrów to potworna mordęga. Dla kogoś z nizin, kto nie miał podobnej przygody, porównałbym to do spaceru po kruchym lodzie, gdzie wpada się co trzeci krok do bagna powyżej kolan, wychodzi się z trudem na lód, dwa kroki i kolejna wpadka. Mniej więcej w takich warunkach mieliśmy do pokonania dystans ok. 3 km, a w niektórych miejscach, dodatkowo pod górę. Wyczerpanie odczuwaliśmy potworne, wiedzieliśmy też, że nie możemy usiąść ponieważ w skrajnym zmęczeniu bardzo łatwo można zasnąć, a to mogłoby okazać się tragiczne w skutkach. Nie wiem która mogła być już godzina gdy dotarliśmy z ogromnym trudem do samochodu, ale od dłuższego czasu było już zupełnie ciemno. Jakieś rezerwy pozwoliły jeszcze na odrobinę humoru i uśmiech. A jak auto nie zapali?, zażartował Ludwik.

Powiedziałem, że nie popchnę nawet trzydziestu centymetrów, nie jestem w stanie ustać na nogach, a co dopiero jeszcze pchać! Jednak porządny maluch za pierwszym razem zaskoczył. Żyliśmy i byliśmy uratowani!!! W domu oczywiście było jak zawsze po przekroczeniu tolerancyjnego limitu spóźnienia. A gdzie żeście tak długo byli!? Co żeście tam tyle robili!? A co było na tyle ciekawego, że wam tak długo zeszło!?

A tak w ogóle, to mogła kawalerka zjawić się dopiero po p ó ł n o c y!!! raatatata...raatatata... itd. żonata część foto przyrodników zapewne wie o co chodzi. Swoje niestety trzeba było w domu wysłuchać!

Po tym skrajnie wyczerpującym incydencie na długo przeszła mi ochota na jakiekolwiek głuszcowe wypady. Uraz do babiogórskiej włóczęgi był na tyle mocny, że kolejny raz wybraliśmy się na zbocza tej wielkiej „złośnicy” dopiero po sześciu latach. Ostatecznie, na dobre odpuściłem głuszcowe korkowanie, a bardziej wciągnęło mnie cietrzewie czuszykanie i myślę, że było to niemniej fascynujące przeżycie.
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif