• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotoopowieści arrow Po drugiej stronie ciemności
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Po drugiej stronie ciemności Email
Autor: Kazimierz Pańszczyk   
Kazimierz Pańszczyk Niemal każdy foto-przyrodnik, który "urywa" się w plener o nietypowo wczesnej porze, zapewne nie raz będąc w ciemnościach miał do czynienia z niepewną, czy wręcz zatrważającą sytuacją. A to spod nóg z krzykiem poderwała mu się kuropatwa, a to zając w ostatniej chwili wystrzelił, innym razem spłoszony kozioł zaszczekał w pobliskim zagajniku przyprawiając nas niemal o zawał serca.

Takich stresujących przygód każdy z nas zapewne miał bez liku. Dobrze, gdy taki incydent jest krótkotrwały, ale jeśli nerwowe chwile w ciemności przedłużają się nie należy to już do przyjemności. Człowiek, przynajmniej w naszej szerokości geograficznej, właściwie nie ma naturalnego wroga, no może poza własnym gatunkiem. A zatem skoro nie ma, to tym bardziej ciemności bać się nie powinien. Jednakże w warunkach, gdy nie możemy dostatecznie dobrze ocenić sytuacji ze względu na brak kontaktu wzrokowego, najwyraźniej zaczynamy wyczuwać lęk. Dyskomfort związany z pobytem w ciemności jest oczywiście duży, niemniej jednak największe niebezpieczeństwo nie skrywa się gdzieś pod stopami czy za pniem złowieszczej wierzby, lecz w naszej wyobraźni. To właśnie nasza wyobraźnia jest w stanie wykreować barwny obraz na tyle sugestywny, że czasami nie jesteśmy w stanie pokonać własnego lęku. Dlatego bardzo często nie dajemy sobie w sposób logiczny i racjonalny wytłumaczyć pewnych mrocznych doświadczeń.

Zapewne wielu z nas, siedząc kiedyś w młodości przy ognisku, wsłuchiwało się w opowieści zza światów o duchach i nocnych marach. To w zasadzie nic innego jak tylko nasza percepcja zmysłowa była kreatorem tych nocnych straszydeł. Zagłębiając wzrok w ciemnościach przy odrobinie wyobraźni jesteśmy w stanie dostrzec przemykające postacie. Mało tego, jesteśmy niemal pewni, że ktoś faktycznie tam stoi i na nas czyha. Czujemy, że zaraz z tych okropnych czeluści wyłoni się straszny bandyta i zrobi nam coś złego. W pewnych sytuacjach wyczuwamy niemal fizyczność naszego wyimaginowanego obrazu. Mimo wszystko, przy trzeźwym myśleniu, możemy niemal każde tego typu irracjonalne zjawisko wyjaśnić.

Są jednak okoliczności, z którymi człowiek niestety sobie nie radzi i strach okazuje się być od niego silniejszy. Znam taką jedna sytuację, w której co prawda bezpośrednio nie uczestniczyłem, ale przekaz ten ma najwyraźniej znamiona opowieści prawdziwej. Miejsce, o którym będzie mowa, od wieków cieszyło się złą sławą. Jednym z takich miejsc na południu Polski jest Babia Góra, na szczycie której, notabene, miałem przyjemność gościć również i nocą.

© Kazimierz Pańszczyk
Księżyc nad Babią Górą© Kazimierz Pańszczyk
Zwieńczeniem tej wspanialej góry jest Diablak (1725m n.p.m.) i związany z nim cały szereg diabelskich nazw. Diablak, Diabla Kuchnia, Diabli Stół, Diabli Kamień, Czarne Oko, Czarny Dziób itd. Niegdyś w południowym kotle usytuowane było schronisko "Leśnik", wybudowane w 1905 roku, które niestety doszczętnie spłonęło w roku 1949. W schronisku tym, jak opowiadał mi starszy, niestety nie żyjący już mieszkaniec jednej z babiogórskich wsi, jego serdeczny kolega z młodości uczestniczył w wywoływaniu złych mocy. Działo się to zimą, tuż przed II wojną światową. Jak wspominał, w owym czasie w schronisku przebywał tylko jeden turysta. Zresztą turystyka przed wojną nie cieszyła się aż taką popularnością jak obecnie. Ten młody człowiek, o którym wcześniej wspomniałem, a którego matka była dzierżawcą schroniska, z tajemniczym turystą zaczęli późnym wieczorem, w świetle świec, wywoływać złe moce. Spektaklowi podobno nieufnie przyglądała się siostra tego młodziana, którego najwyraźniej ten seans w jakimś stopniu zaintrygował. Jak wieść niesie, dysponowali jakąś tajemną księgą, o której świadek tego wydarzenia nic więcej powiedzieć nie chciał. Gdzieś około północy świece nagle pogasły, ławki zaczęły okropnie skrzypieć i słychać było jakieś ludzkie potworne jęki. Wówczas młody chłopak i jego siostra, z którą opiekował się schroniskiem pod nieobecność matki, która musiała dwa dni wcześniej zejść do wsi załatwić zaopatrzenie, wystraszyli się niesamowicie. Jak twierdził mój rozmówca, chłopak z dziewczyną wypadli ze schroniska "w gaciach" i nie patrząc na nic wpięli narty i poszusowali w dół do Przywarówki (Lipnica Wielka). Gdy zjeżdżali lasem, tuż nad wsią, dziewczyna nadziała się na sterczący ze świerka zeschły konar. Rana okazała się niestety śmiertelna. Młoda, zaledwie 17 letnia dziewczyna, zmarła, a tajemniczy turysta, który nakłonił ich do tego czarnego spektaklu przepadł bez wieści. Schronisko przez dwa dni pozostawało bez jakiegokolwiek opiekuna. W tej tragicznej historii ciemność i związany z nią strach okazały się silniejsze.

Również i mnie zdarzyło się przeżyć chwilę grozy na pewnym foto-porannym wyjściu. Swego czasu chodziłem fotografować czaple, które notabene regularnie robiły mnie w "konia". Jak umiejscawiałem się po jednej stronie jeziorka, to one były na przeciwległym brzegu, jak zaczaiłem się tam gdzie ostatnio żerowały, były po drugiej stronie. Te spryciary, jeśli chodzi o czas pojawiania, były również nieprzewidywalne i przybywały nad wodę w różnych godzinach. Raz, były już kilkanaście minut po wchodzie słońca, innym razem - niemal dwie godziny później, a jeszcze kiedy indziej przylatywały dopiero po południu. Nie mając innego wyjścia, postanowiłem przyjść znacznie wcześniej, jeszcze po ciemku, zasiąść i cierpliwie czekać aż się te dwie „koleżanki” pojawią.

Pewnego razu podążając właśnie na taką wczesną ptasią zasiadkę, zauważyłem idąc w ciemnościach, że równolegle ze mną coś się porusza. Zatrzymałem się. O dziwo to coś również stanęło. Ruszyłem, to coś również ruszyło. Moja wyobraźnia zaczęła niemal natychmiast budować wroga z jakim niebawem miałem mieć do czynienia. Może to jakiś kłusownik, pomyślałem? A może bandyta? A może kłusownik i bandyta w jednym? Poczułem przyspieszony rytm serca. Cholera, stoi gapiąc się na mnie i na dodatek ani drgnie. Ciekawe co to za jeden? Ja również, jak pamiętam, zacząłem w ciemnościach wpatrywać się w niego. Czułem, jak szybko przewalają się we mnie myśli. W końcu podjąłem decyzję - nie ma co, ruszam dalej!

Ale okazało się, że z chwilą kiedy tylko postawiłem pierwszy krok on także ruszył!
Zatrzymałem się niemal natychmiast, on również się zatrzymał. Czułem jak wzrok tego "bandziora" przeszywał mnie na wylot.
© Kazimierz Pańszczyk
Księżyc nad Babią Górą© Kazimierz Pańszczyk
Niestety, latarka została w samochodzie, oczywiście żałowałem tego bardzo, ale cóż mogłem w tej sytuacji począć. Księżyc niemal dotykał już horyzontu nie dając praktycznie żadnego blasku. Niemniej drogę znałem doskonale, przemierzałem ją przecież bez światła wielokrotnie. Tętno jakie sobie niemal w jednej chwili wykręciłem na wskutek tej niecodziennej sytuacji przekroczyło chyba ze 120 uderzeń na minutę, a serce, jak pamiętam, dudniło niczym pędzące stado bawołów po sawannie. Jak bardzo bym chciał, aby tego intruza tam wówczas nie było! Ale rzeczywistość niestety była inna, stał jak słup soli i gapił się na mnie. Jak pamiętam, niemal zmuszałem się do podejścia o kolejne kroki.
Wreszcie z wielkim trudem zrobiłem dwa niepewne kroczki....
W tym czasie ten oprych ani drgnął, tylko dalej wbijał we mnie te swoje przekrwione ślepia. Wytężałem coraz mocniej wzrok chcąc lepiej mu się przyjrzeć. Wydawało mi się, że dostrzegam brodę, krótki kark i wielkie bary. Niestety ułomność patrzenia w ciemności była na tyle duża, że poza brodą i potężnymi ramionami nic więcej nie mogłem dojrzeć. Z drżącym sercem zrobiłem jeszcze kolejne dwa kroki. Myśli moje zaprzątnięte były ogromem i siłą tego barczystego złoczyńcy. Poza tym, jakby trzeba było uciekać, to nie miałbym najmniejszych szans. Plecak, statyw, namiot, krzesełko - z czymś takim nie ma mowy o jakiejkolwiek ucieczce. A on zapewne nie miał nic poza półmetrowym nożem, a kto wie czy nie dysponował jeszcze jakąś strzelbą gotową do strzału!? Kurde, ale się wpakowałem.... Myśli jeszcze szybciej przenikały przez mój umysł. Stoję od tego bandziora nie dalej jak 10 metrów, a ten bez przerwy wlepia we mnie te swoje gały. Co to za jeden, myślę? Nie ma co, jest silny i pewny swego, na domiar nerwy ma chyba za stali.

Dzień doooobry proszę paana…, odezwałem się drżącym głosem.
Cisza...
Poza łomotem własnego serca nic nie słyszę.
Widzę paana... Niech się paan ooodezwie (... ), ponawiam.
I dalej nic, tylko ta okropna cisza.
Coraz czarniejsze myśli kolebią mi się po głowie.....
Barczysty facio zapewne ma siłę konia, stojąc tak bez ruchu najwyraźniej drwi sobie ze mnie. Że też zachciało mi się robienia jakichś durnych zasiadkowych zdjęć. Trzeba było lepiej się wyspać. Teraz przyjdzie mi tu jeszcze pożegnać się z życiem i tyle z tego będę miał. Dramaturgia i w zasadzie sytuacja bez wyjścia z jaką miałem wówczas do czynienia, w całości sparaliżowały moje mięśnie i umysł. A jak mnie tu jeszcze zamorduje i zakopie, to nikt nigdy mnie na tym odludziu nie odnajdzie!
Oż, kurde..... Szkoda by było tak głupio zakończyć żywot.
Halooo proszę paanaa... Ponowiłem kolejny heroiczny odzew.
I znowu ta okropna, przenikliwa cisza...
Zdecydowałem się na kolejny krok, podchodzę jeszcze trochę, pochylam się i widzę, że coś jakby przez głowę mu prześwieca. Co to? Gwiazda?
Niemożliwe!
Z kołaczącym sercem przemierzam kolejnych kilka kroków.... A niech to gęś... Przecież to krzak !!!!
Brzezina!!!

Żebyście wiedzieli jaką ja w tym momencie poczułem ulgę.
Gdy dwa dni temu pomykałem tą polną drogą, na 100% tej brzózki nie było. Nogi w tym momencie nie mogły mnie już więcej utrzymać, usiadłem sobie na ziemi i począłem się śmiać. Że też tak dałem się nakręcić?
© Kazimierz Pańszczyk
© Kazimierz Pańszczyk
Gdy już około 10:00 wracałem ze zdjęć przyjrzałem się dokładnie mojemu "wrogowi". Niewielka, w dodatku marnie wyglądająca brzezinka, bynajmniej nie wyższa ode mnie, jaka w ciemności potrafiła być straszna! Tego skromnie wyglądającego krzaczka moja wyobraźnia potrafiła przyodziać w czerwone ślepia, brodę, broń i potężne ramiona. A przecież to niewinne drzewko rosło tam zapewne od dobrych kilku lat! Aczkolwiek wówczas byłbym gotów nawet przysiąc, że nigdy wcześniej tej brzózki tam nie widziałem!

Tętno po tym incydencie jak z filmu Hitchcocka szybko wróciło do normy, emocje również opadły, a nawet i dobry humor powrócił. Niestety z fotograficznego punktu widzenia było już nieco gorzej. Dwie czaple, z którymi od dłuższego już czasu próbowałem się „zaprzyjaźnić”, w ogóle tego ranka nie pojawiły się. Być może limit wrażeń na ten dzień został wyczerpany jeszcze grubo przed świtem? Kto wie?

No cóż, czasami bywa i tak, że nasze fotograficzne hobby nie dosyć, że często ociera się o porażkę, to jeszcze wystawiane jest na próbę odwagi.
I to jeszcze jakiej!
 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif