• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
 
40 lat łowów Email
Autor: Tomasz Kłosowski   
Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Grzegorz i Tomasz Kłosowscy © z archiwum autorów
Czasem słyszymy od co łaskawszych oglądaczy naszych zdjęć pytanie jakie zwykle zadawane bywa starcom: co jest potrzebne, by robić w życiu coś ciekawego, głęboko wierzyć, że ma to sens i jeszcze z tego żyć. Studia? Doktorat? Wygrana? Spadek? Posłuszeństwo względem rządzących? To wszystko może się przydać, ale naszym zdaniem, przede wszystkim trzeba dostać kopniaka. Tęgiego. I niekoniecznie tylko w to miejsce, które do odbierania kopniaków jest z natury przeznaczone.

My takiego kopniaka dostaliśmy, a że miał on materialną postać, mam go teraz przed sobą. To czarno białe zdjęcie dwóch wronich piskląt żebrzących o pokarm. Pierwsze nasze zdjęcie przyrodnicze. Pierwsze opublikowane. Pierwsze nagrodzone. Pierwsze uhonorowane wierszówką. Czy może być lepsza zachęta dla nastoletniego młokosa dopiero szukającego swojej drogi?

Miesięcznik "Młody Technik" w swej foto-rubryce ogłaszał nieustający konkurs fotograficzny. Co miesiąc inny temat. Przychodziło po kilkadziesiąt prac. Tym razem wypadła przyroda. Nasz fotka była jedną z pięciu czy sześciu opublikowanych i nagrodzonych honorarium.
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Oba zrobiły to jak na rozkaz
Oba zrobiły to jak na rozkaz
Organizatorzy dodali w podsumowaniu, że nie spodziewali się aż tysiąca nadesłanych prac, że nie liczyli na choćby kilkadziesiąt, bo przecież fotografia przyrody jest trudna. "Nie wiedzieliśmy jednak, że ma ona aż tylu zwolenników, znakomicie sobie zresztą radzących ze wszystkimi trudnościami". Były to dla nas słowa-zapalniki.

Ale też to nagrodzone zdjęcie może być niezłą ilustracją owych "wszystkich trudności," o których wspomnieli jurorzy. Więcej - tego, na czym w istocie polega fotografowanie natury i co nas przy tej czynności czeka. Aby je zdobyć, trzeba było wiedzieć, że ciemny pęczek na drzewie jest gniazdem, wspiąć się na nie i trzymając się pnia drugą ręką wykonać ostre zdjęcie z bliska. Tanim aparatem bez pryzmatu pentagonalnego. Takim trochę odpowiednikiem dzisiejszego kompaktu. Do tego miejsca coś zależy od nas. Ale reszta jest w rękach natury. Nie powstałoby zdjęcie tak sugestywne i czyste, gdyby w gnieździe było więcej piskląt. Nikła jest bowiem szansa, że wszystkie naraz uniosą główki, tworząc klarowną kompozycję. Tu i tak mieliśmy szczęście, że oba zrobiły to jak na rozkaz. Ponadto dwójka istot zawsze wskazuje na bliskość, więź, dobrze się więc kojarzy - także jurorom konkursów...

Właśnie, szczęście... Ono jest tu autorem sukcesu zdjęcia. To chyba najczęstsza sytuacja w fotografii przyrody. Okoliczność, która chyba w równym stopniu frustruje, jak fascynuje. Czyni z tej zabawy fotoreporterską przygodę.

A na takiej nam wtedy najbardziej zależało. Snuliśmy się z aparatami - a były to pierwsze dostępne u nas lustrzanki marki zenit produkcji ZSRR, po starych uliczkach i bazarach, polując na całkiem inną zwierzynę niż dziś: na przekupki, meneli, żebraków, podejrzane typy z bram i podwórek, nie bacząc, że łatwo możemy w tych okolicznościach zostać pozbawieni bezcennego sprzętu. Mieliśmy jednak więcej szczęścia, niż rozumu. Co najwyżej leciały za nami pogróżki: „O, już chodzom, już pstykajom" - pomstowała nasza ulubiona, opasła modelka, co to oferowała „pomyks do rąk, do nóg mycia, pomyks!" i „lep na muchi, lep na muchi, leeeeep...". „A weź w nos sobie pstyknij!"

Nim to pstykanie w nos ludziom nam przeszło, jedno zdjęcie
Mokra i lepka kwietniowa śnieżyca
Mokra i lepka kwietniowa śnieżyca © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
z tej tematycznej beczki wypłynęło na nieco szersze wody. O jego walorach też zadecydowały "okoliczności przyrody": niespodziewana, mokra i lepka kwietniowa śnieżyca. W tych warunkach dwóch staruszków pchających pusty wózek w szarudze dało wystarczająco sugestywny obraz. Zdjęcie, zrobione na tandetnym filmie Fotopan F, niedoświetlone, niedowołane, nie grzeszące idealną ostrością, zostało przyjęte na kilka zbiorowych wystaw, w tym na bardzo wówczas elitarne i znane z perfekcji "Małe Formaty", organizowane corocznie przez Warszawskie Towarzystwo Fotograficzne. Już na ścianie wystawowej można było zauważyć, że jest to jedyna w całej sali odbitka nie wysuszona na wysoki połysk i nie dość soczysta w czerniach. A jednak...

Te dwa zdjęcia na zawsze ukształtowały nasze podejście do fotografowania. A więc - klimat, kompozycja, plastyka - owszem, ale przede wszystkim - życie. Obiekt nie mniej ważny niż forma. Technika - bardzo ważna, ale... nie najważniejsza Przy takim podejściu wyjątkowo łatwo zarazić się fotograficznym ptasiarstwem.

Duch puchalszczyzny

Choroby zakaźne potrafią ujawniać swe prawdziwe skutki po latach
Choroby zakaźne potrafią ujawniać swe prawdziwe skutki po latach © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Zaraza, jak to zaraza, została przyniesiona przez drobnoustroje. W dzieciństwie często zapadaliśmy na różne zakaźne, właściwe temu wiekowi choróbska, a zapakowani do łóżek nudziliśmy się okrutnie. Mnie wtedy rzucano do łóżka, abym nie marudził, książkę pełną urokliwych fotosów sarenek, zajączków, puchatych, śmiesznych piskląt, dziwacznie spozierających sówek. To był jakiś swojski, przymilny światek. No i to nie mniej przymilne, mięciutkie nazwisko autora: Puchalski... Teraz, już jako fotografujący, przypomniałem sobie o tym dziełku. Cóż, choroby zakaźne potrafią ujawniać swe prawdziwe skutki po latach... Odkurzyłem tę lasem i bagnami pachnącą książkę pod frapującym tytułem "Bezkrwawe łowy" i ... zachorowałem ponownie. Najpierw ujęły mnie krajobrazy - jakieś nieprawdopodobnie plastyczne, miękkie, pełne światła i naturalnego uroku. Natomiast zdjęcia stojącej wśród trzcin czapli, żurawia plączącego się po polu czy orła na złamanym konarze postrzegałem jako banalne, jakby pochodziły z zoo.
Trudne dzieciństwo na całe życie!
Trudne dzieciństwo na całe życie! © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Dopiero lektura opowieści autora zmieniła to spojrzenie. Opowieści urokliwych, czasem trącących dziecinadą i literackim banałem, ale mimo to niosących magiczną atmosferę przygody. Te godziny spędzone w ukryciach wśród trzęsawisk, sam na sam z dzikimi, rzadkimi ptakami, o których istnieniu nikt nie słyszał, szukanie gniazd niczym ukrytych skarbów. Wzięło nas. Tym mocniej, że nawiązywało do naszego dzieciństwa, spędzonego w podwarszawskich lasach, kiedy to, tworząc trzyosobową bandę rozbójników połączonych... nazwiskiem, budowaliśmy szałasy starannie ukrywane przed innymi bandami, a po piwnicach szukaliśmy rzekomo ukrytych tam skarbów. Szukanie ukrytych, żywych skarbów, ukrywanie się przed ich czujnym okiem - to przecież podstawa bezkrwawych łowów! Poświęcaliśmy im się coraz bardziej, tym samym fundując sobie... trudne dzieciństwo na całe życie!

Ale najmocniej zapadły we mnie te słowa Puchalskiego, wedle których jego bezkrwawe łowy miały miejsce "wśród lasów, pól i wód Białostocczyzny" i w miejscach "po których być może jeszcze nie stąpała noga ludzka". Więc są jeszcze u nas takie miejsca. Niedostępne bagna, po których brnie się do ukrytych tam gniazd żurawich czy gęsich, by móc potem napisać, że "kożuch bagna bulgotał nam gniewnie pod nogami".

Duchy bagien

Poświęciłem się tedy pilnemu poszukiwaniu owych "kożuchów".
Kożuch bagna bulgotał nam gniewnie pod nogami
"Kożuch bagna bulgotał nam gniewnie pod nogami" © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Wraz z braciszkami od dawna kochaliśmy bagna i piachy, bo już w dzieciństwie były to dla nas dzikie ziemie, gdzie mogliśmy bez przeszkód aranżować nasze indiańsko-kowbojsko-zbójeckie szaleństwa, palić ogień, toczyć wojny. Teraz spojrzeliśmy na nie podobnie. Bagna i piachy uważano w owym czasie za nieużytki, a skoro gdzieś ciągną sie one na dużych przestrzeniach, to znaczy: jest tam dziko, jeszcze ludzie nie wzięli przyrody w karby, osuszając i zalesiając sosenkami co się da. Umiłowanie bagien podsycała w nas równolegle literatura ornitologiczna, z "Ptakami Polski" Jana Sokołowskiego na czele. Wychodziło na jaw, że wszystkie co ciekawsze i rzadsze gatunki żyją na bagnach, a przynajmniej w obfitujących w nie, zaniedbanych okolicach.

Wyszukiwałem na mapach obszary zakreskowane na niebiesko. Elektryzowały mnie nazwy: Bagno Karaska, Bagno Pulwy, Krowie Bagno... Wyprawy do tych miejsc przynosiły jednak zawód: wszędzie zastawaliśmy pocięte rowami łąki. Więc już nie ma dzikich błot?

© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Kraj ten można nazwać naturalnym i pierwotnym (...)
"Kraj ten można nazwać naturalnym i pierwotnym (...)"
Pozostawała jeszcze jedna nadzieja: wielki, niebiesko zakreskowany obszar pomiędzy Białymstokiem a Łomżą. Najbardziej ekscytował mnie jego południowy fragment, wielkości połowy powiatu, o frapującej nazwie: Bagno Ławki. Nic, tylko niebieskie kreski, wśród nich jedyna miejscowość o dziwacznej nazwie Gugny, czerwona linia jedynej biegnącej tędy (o dziwo!) drogi. W przewodnikach i wspominkach krajoznawczych znajdowałem, owszem, wzmianki o bagnach Biebrzy, ale dotyczyły one tylko położonego dalej na północ Czerwonego Bagna. O moich Ławkach ani słowa. A może to teren niedostępny, może poligon?

Wreszcie w jakimś opowiadaniu myśliwskim trafiłem na pasus, które do dziś mogę cytować z pamięci: "Spory szmat błot, łąk i lasów zamkniętych od zachodu Biebrzą, od południa Narwią, a od wschodu szosą Strękowa Góra-Osowiec jest prawie niezamieszkały przez ludzi. Kilka rozrzuconych wśród błot przysiółków i leśniczówek, zwących się dziwacznie po jaćwingowsku czy litewsku Werykle, Petrel, Ażurelis czy Awissa - to wszystko. Kraj ten można nazwać naturalnym i pierwotnym rezerwatem dzikiego zwierza.
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Dwustukilometrowa wycieczka wydawała się wyprawą na księżyc
Dwustukilometrowa wycieczka wydawała się wyprawą na księżyc
Żurawie i czarne bociany przechadzają się dostojnie, parami, po śródleśnych łąkach. Cietrzewie całymi gromadami bełkocą na wiosnę po smugach. Ciąg słonek jest obfity nad podziw. Nad rozlewami Biebrzy jak czarne dymy unoszą się, to znów spływają, chmary kaczek, batalionów-dziwoptaków i rybitw. A wysoko pod niebem w szarym czy błękitnym przestworzu zataczają koła i kręgi: olbrzym birkut-łomignat, to znów gadożer czy pszczołojad
". To wystarczyło byśmy zechcieli odwiedzić tę, jak pisze dalej autor, "dla przyrodnika i myśliwego ziemię obiecaną". Ale my nie żyliśmy w takich warunkach, jak dzisiejsza fotografująca, obwieszona sprzętem i zmotoryzowana młodzież. O samochodzie marki nasz maluch mogliśmy tylko pomarzyć, a i na bilet nie bardzo było nas stać. Dwustukilometrowa wycieczka wydawała się wyprawą na księżyc.

Maj 1972 roku. W "Przyrodzie Polskiej" artykuł pod skromnym tytułem "Wycieczka ornitologiczna nad Biebrzę". Autor Ewald Ranoszek wędruje z ornitologami ową tajemniczą drogą, gdzie "już od nasypu rozciągają się błota. Po lewej wielkie bagno Ławki. Zrywają się rycyki z głośnym "ujadaniem". Opodal przelatują dwa kuliki wielkie...widzę, że na słupie telefonicznym siedzi bekas kszyk... doktor z zadowoleniem komunikuje mi, że są tu dubelty..." Te, po dziś strzępami pamiętane zdania, były jak startowa raca. Po starszeństwie zarządziłem: jedziemy!

Wchłonął nas zielony ols
Wchłonął nas zielony ols © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Zajmowaliśmy całą skromną szerokość szosy, kluczącej wśród wierzb, taszcząc pokaźny tłumok z namiotem i sprzętem - jeden z prawej, drugi z lewej. Na moście przez Narew w Strękowej Górze pierwszy szeroki widok i... szok. Wszędzie koparki, prujące rowami piękne nadrzeczne łąki, bezradnie plączące się wśród nich bociany, w dole Narew tak zryta gąsienicami spychaczy, że trudna do odnalezienia. A więc to już koniec bagiennego świata? Zagadnięty chłop uśmiechnął się szelmowsko "A pódźta jeszcze pare kolometry, to wszędzie bagno, a tam pełno łosiów, dzików".

Wchłonął nas zielony ols, jeden po drugim znikały znamiona ludzkiej gospodarki, tylko przytulony do starych lip na śródbagiennym wzniesieniu mały domek dróżnika przypominał o istnieniu ludzi. Wkrótce za domkiem las się urywał i nagle ujrzeliśmy krajobraz życia...

Jak okiem sięgnąć rozciągała się bezkresna, sfalowana, pełna kęp przestrzeń, kreślona rzędami dziwacznie pogiętych, podkasanych drzewek. Step? Sawanna? Dziki ugór? Czająca się między kępami woda mówiła jednak prawdę: to ogromne bagno, jakby wyjęte z opowiadań Ossendowskiego o polowaniach na Polesiu. Jedno spojrzenie wystarczyło, bym postanowił: tu zostanę.

Jesteśmy w prawdziwym skarbcu natury
Jesteśmy w prawdziwym skarbcu natury © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Skrzydlaci bohaterowie
Skrzydlaci bohaterowie



















Tego dnia, gdy tylko słońce przechyliło się mocno ku zachodowi, zdołali nam się zaprezentować wszyscy wymarzeni skrzydlaci bohaterowie, o których dotąd jedynie, ale po wielokroć czytaliśmy w książkach. Nagle zmaterializowały się przed nami buczące bekasy, chrapiące słonki, trąbiące żurawie, chwiejnie pomykające nad bagnami błotniaki łąkowe. A z wieczora koło namiotu złożył nam wizytę łoś.

Ale odkrycie prawdziwie wymarzonego skarbu (nad skarbami) nastąpiło dopiero dzień, dwa później. Trzy gniazda przerzadkiego, upragnionego kulika wielkiego. I to gdzie. Tuż przy owej, przecinającej bagna drodze. Jakby na nas czekały. Skoro takie rzadkości znajdujemy tu przy drogach - znaczy, jesteśmy w prawdziwym skarbcu natury i na prawdziwym odludziu. Przyszły deszcze, namiot zaczął ciec i trochę zatęskniliśmy za tym, czego brak na odludziu: wygodą, ciepłem, pomocą. I znów uśmiech losu. Oto pewnego razu odchyliła się poła namiotu i zajrzała staruszka: - Jakby z parę groszy dali, to by przyszli na noc do chlewika!

Chlewik okazał się ciasny i pełen komarów, więc dodaliśmy jeszcze grosza i zostało nam przyznane miejsce w ciasnej izdebce owej małej, samotnej chatki.
Cyfra powiększa pokot i znacznie przyspiesza jego uzyskanie
Cyfra powiększa pokot i znacznie przyspiesza jego uzyskanie © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Okazało się - koszarki z czasów cara, który tę drogę ze względów strategicznych poprowadził przez bagna. Babcia była wdową po dróżniku. Żyła tu sama, bez prądu, dreptała do wioski niańczyć dzieci, a od wiosny zbierała bagienne zioła, rozkładając je przed domkiem na asfalcie szosy. Wiedziała, że zanim przejedzie tędy choć jeden samochód, zdążą podeschnąć. Z sąsiedniego pagórka przynosiła dziki szczaw, po którym przedtem deptały licznie tokujące tam cietrzewie, i robiła nam pyszną zupę - No, syp se jeszcze, dzieciaku, syp se! - namawiała na dolewkę, a po osmalonej kuchence niósł się zapach ziemniaków ze słoniną. I tak tu sobie żyliśmy jakiś czas na styku cywilizacji z abnegacją. Wieczorem przy kominie suszyły się nasze gumiaki, a ja z żarem opowiadałem gospodyni o tańczących żurawiach, walczących cietrzewiach, co bulgocą i dubeltach, co klekocą, że nie wspomnę o dających fletowe koncerty kulikach. Patrzyła na mnie z mieszaniną ironii i współczucia, by rzucić na koniec:

- At, przyszedł by kiedy lepi do wsi na kawalerke...

Zrozumiałem wtedy, że żadna kobieta nie pojmie nigdy w pełni męskiej pasji, choćby takiej, jak nasza, co miało się okazać jedną z podstawowych prawd w moim życiu.

Dusza zdjęcia

Tymczasem "na kawalerkę" zdążyły już pójść albo raczej polecieć samce błotnych ptaków siewkowych, czego efektem była obecność mocno zalężonych jaj w gniazdach. U naszych kulików też już trzeba było oczekiwać wylęgów. Kleciliśmy naprędce przenośne wigwamy z gałęzi, udające okoliczne krzaki. Przesuwaliśmy je niczym pionki po szachownicy kęp, by wreszcie móc powiedzieć: szach kulikowi!
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Zdjęcie - podobnie jak człowiek i żelazko - musi mieć duszę
Zdjęcie - podobnie jak człowiek i żelazko - musi mieć duszę
Ale przedtem musieliśmy stoczyć pojedynek między sobą. Kto pierwszy zasiądzie w ukryciu, kto będzie przeżywał emocjonujący dylemat: podejdzie tak dziki ptak na odległość 6 - 7m, czy nie? Bo taka odległość była potrzebna, by małoobrazkowa praktica (dziś zabytek) z obiektywem 300 mm dała przyzwoitej wielkości wizerunek płochliwego ptaszyska. Trzeba było o pierwszeństwo zagrać w marynarza, a że zawsze przegrywam - na czatach zasiadł Grzesiek.

Czaty wyszły super. Ptak przyszedł i wysiadywał. Ale najpierw czujnie wyprężył się na progu domostwa, popatrzył bokiem, ukazując całą długość pokaźnego dzioba, w którym błysnęło światło. Zdjęcie - wtedy jeszcze czarno-białe - było idealnie ostre. Model widoczny jak na dłoni. Ekspozycja bez zarzutu. Tylko, że całość... do niczego!

Szarobrunatny ptak - choćby najrzadszy i najbardziej okazały - na czarno-białym zdjęciu będzie mało widoczny, gubiąc się w tle. To tło było tu akurat nierówne, pełne prętów karłowatych wierzb i podrastających trzcin. Duża głębia ostrości, zastosowana po to, by cała postać fotografowanego z tak bliska dużego ptaka zmieściła się w niej - uczyniła to tło jeszcze bardziej hałaśliwym. Szare na szarym nie działa na patrzącego. Pojęliśmy, że nie wystarczy efektowny gatunek sfotografowany z jak najmniejszej odległości i ostro. To jeszcze nie czyni zdjęcia obrazem. Zdjęcie - podobnie jak człowiek i żelazko - musi mieć duszę. A tę daje mu przede wszystkim światło. Słowem mieliśmy wyśnione trofeum, ale nie wymarzone zdjęcie.

Niewiele chyba odbitek na świecie doczekało się tylu chemicznych pieszczot, co ta. Przemywaliśmy z najwyższą delikatnością osłabiaczem Farmera najjaśniejsze partie ptasiego tułowia, by uczynić pełznące po nim światło żywszym. Niech się nikomu nie wydaje, że poprawianie zdjęć - to dopiero wynalazek epoki fotografii cyfrowej. Odbitkę podrasowaliśmy na tyle, że posłużyła za ilustrację mego debiutanckiego artykułu o naszej biebrzańskiej przygodzie. Otworzył mi drogę do dziennikarstwa. A więc znów kopniak w górę, choć fotka niezbyt udana. Pewien doktor ornitologii wyznał mi, że opisane w tym tekście podchody do ptaków tak go zafascynowały, że aż pchnęły na kręte ścieżki naukowej ornitologii. Nie wiem, czy się cieszyć, czy mieć wyrzuty sumienia...

Następnej wiosny zabraliśmy się do rzeczy w sposób godny artystów. Przede wszystkim - światło! Do zdjęć zagubionych w trawach ptaków siewkowych ustawialiśmy się w kontrze lub pod kątem prostym do promieni.
Przede wszystkim - światło!
Przede wszystkim - światło! © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Dzięki temu na zdjęciach zabłysły wokół ptaków i ich puchatych piskląt świetliste aureole, zaczęły też mieć świetlne fazy jak księżyc. Zadbaliśmy o tło. Za dziuplą dudka stanęła cała, starannie modelowana ściana z gałęzi, zasłaniająca przypadkowe, świecące śmieci. Że to nienaturalne? No, nie wiem, czy bardziej naturalny byłby widok rozostrzonego, pełnego świetlnych "czarnych dziur" sągu drzewa czy koślawego ogrodzenia pastwiska.

Było nam łatwiej niż przed rokiem, bo już znaliśmy teren, zwyczaje ptaków, no i była z nami dziewczyna. Gotowała zupki z papierka, nosząc wodę z dzikiej strugi, do której sikały wszystkie krowy, puszczane tu przez gospodarzy w bagna samopas, szorowała gary w piasku. Aprowizację w postaci jajek i kartofli woziła z odległej wsi na rowerku. Jedliśmy w kółko frytki, odgrzewane na tej samej kostce smalcu. Było goło, ale wesoło. We wsi nie nazywano naszej ekipy inaczej, jak "ptaszuki".

Latem podłogi naszego warszawskiego mieszkania były zasłane odbitkami. Ciemnia zwyczajowo funkcjonowała w moim pokoju, z którego trzeba było najpierw wynieść tapczan, bo nie dość, że zajmował prawię całą izbę, to jeszcze stanowił rezerwuar kurzu.
Trofea, o których przedtem tylko czytaliśmy
Trofea, o których przedtem tylko czytaliśmy © Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Pokój był akurat z przeciwnej strony niż łazienka, więc w kuble nosiło się wodę, a z kuwetami pełnymi zużytych odczynników defilowało przez cały dom do zlewu. Kto tylko w te progi wszedł, mógł od razu poznać po zapachu i charakterystycznych plamach na klepce podłogowej, że tu mieszkają zwariowani fotografowie. Ale warto było znosić ten cały bałagan. Wśród naszych trofeów były ptaki, o których przedtem tylko czytaliśmy: kulik wielki i rycyk, bekasy, batalion, błotniaki łąkowy i zbożowy, orlik krzykliwy, dudek. Wybrany z nich zestaw rodzinnych zdjęć ptaków różnych gatunków powędrował jesienią na Biennale Fotografii Przyrodniczej w Poznaniu. Otrzymał Grand Prix. Formalnym autorem uczyniliśmy Grześka. Organizatorzy bardzo byli zaskoczeni, gdy po puchar wyszedł młokos gimnazjalista, pozostawiając z tyłu znanych zawodowców. Kolejny, mocny kopniak do przodu.

Duszne wnętrza

To wszystko rodziło myśl, przed którą przestrzegam wszystkich młodych adeptów ptasiej fotografii, bo jest niebezpieczna: by z tego żyć. Nie chodzić do roboty, nie tłumaczyć się szefom, tylko spokojnie, w ostępach robić swoje. Naszą wyobraźnię rozpalały też doniesienia o kokosach, jakie za kolorowe slajdy dostają nasi czołowi, a w tym czasie już ustawieni rynkowo, fotografowie przyrody. Ale dostają - mówiono wtedy - tylko za slajdy szerokoformatowe, jedyne w tamtych czasach przydatne dla poligrafii. Z pogłosek wynikało, że za honorarium za jedno zdjęcie taki biedak jak ja może przeżyć miesiąc. Za dwa - trzy honoraria można kupić potrzebny do wykonywania takich zdjęć na filmie zwojowym aparat. No to kupiliśmy NRD-owski Pentacon six TL na gumkę lekarska - niezbędną, by zacisnąć korpus, którego zamek ciągle się otwierał. Migawka 1/500 pracowała w nim raz jak 1/750, raz jak 1/400, zresztą jak chciała.
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
No, piękny ten pana ptak, tylko czemu taki smutny
"No, piękny ten pana ptak, tylko czemu taki smutny"
Obraz w wizjerze pryzmatu TTL ciemny niczym wnętrze dziupli, ustawienie ostrości na ruchomy obiekt graniczące z cudem. To, że taką kolubryną z obiektywem 300 mm robiliśmy udane zdjęcia sów błotnych latających przed wieczorem, budziło podziw nawet u fotoreporterów sportowych. Ale odrzut był ogromny, a tu tymczasem na sezon mieliśmy po 10-15 rolek filmu po 12 klatek każda. Dzisiejszej młodzieży, fotografującej na cyfrze i z autofokusem o ciągłym trybie pracy chwytanie wizerunków ptaków w locie wydaje się może sportową igraszką, ale wtedy...

Takim to sprzętem powoli, krok po kroku, rok po roku, zdobywaliśmy zdjęcia do albumu "Ptaki biebrzańskich bagien". Szybko jednak stało się jasne, że z ptasich zdjęć nie wyżyjemy. Mój brat skończył studia malarskie, żył z zimą malowanych, do galerii wstawianych obrazów. Ja miałem łut szczęścia. Doktor Maciej Luniak, dziś profesor, założył w "Świecie Młodych" Klub Ptakolubów. Zajęty pracą naukową, przekazał mi jego prowadzenie. Klub działał ponad 15 lat, a jego nastoletnimi wtedy korespondentami byli dzisiejsi doktorzy i profesorowie ornitologii. Z czasem dostałem w gazecie etat dziennikarski, pisząc reportaże, ale wiosną urywając się na bagna. Nie było to łatwe w czasie kartek na benzynę i wszelkich innych ograniczeń. Niemniej w 1991 r. ukazał się nasz książko-album, prezentujący najrzadszych i najbardziej frapujących skrzydlatych mieszkańców nadbiebrzańskich torfowisk. Kolejny, mocny kopniak do przodu i możliwość wymiany sprzętu - z kulawego Pentacona na Mamiyę 6 x 4,5 z 500-tką i zoomem 105-210 mm.

Wolny rynek i upadek gazety zadecydowały: zakładamy firmę i bierzemy sprawy na dobre w swoje ręce. Mnie, ze względu na doświadczenia dziennikarskie, przypadnie rola promotora, agenta i sprzedawcy. Zapach nadrzecznych łąk trzeba więc było w dużej mierze zastąpić zaduchem izb redakcyjnych, agencji reklamowych i fotograficznych. I słyszeć przy prezentacji portfolio np. "No, piękny ten pana ptak, tylko czemu taki smutny" czy "Co, chce pan tą koszmarną sową dzieci straszyć?"

© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Ale przecież trzeba też robić coś swojego... dla siebie
Ale przecież trzeba też robić coś swojego... dla siebie
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Co, chce pan tą koszmarną sową dzieci straszyć?
"Co, chce pan tą koszmarną sową dzieci straszyć?"



























Z ptakami nie było łatwo, lepiej szły pejzaże.
© Grzegorz i Tomasz Kłosowscy
Teraz żurawie zaglądają nam do okien
Teraz żurawie zaglądają nam do okien
Toteż je przede wszystkim robiliśmy z myślą o kalendarzach, folderach, plakatach. Mrzonki o złotej wolności pryskają, gdy trzeba myśleć o... złotych. Nie jest jednak prawdą, że za zdjęcia rzadkich ptaków można dostać kokosy. Owszem, zdarzały nam się znaczące honoraria, ale za obrazki całkiem nieraz banalne, np. wierzby wśród kwiatków. Coraz częściej musiałem przebywać we wnętrzach, w końcu też w studio TV, prowadząc programy przyrodnicze.

Ale przecież trzeba też robić coś swojego... dla siebie. Na optyczną muszkę poszedł więc teraz żuraw - nasz ulubieniec, źródło oczarowań, rozczarowań i zaskoczeń. Czatowanie na tokujące pary zajmowało nam przez lata po kilka godzin dziennie w marcu i kwietniu. Album zatytułowaliśmy "Żuraw - ptak nadziei", ale staraniom o jego powstanie towarzyszyły też chwile... beznadziei. O świcie wywlekaliśmy się jednak ze śpiworów w naszej zimnej z rana izdebce w Gugnach i do namiotów. Nieraz na darmo, ale właśnie żurawie nauczyły nas, że nie wolno tracić nadziei i stąd chyba taki tytuł.

I dalej jej nie tracimy, zwłaszcza, że od czasu wydania albumu w 1999r. mamy zdjęć żurawi na dwa kolejne. Cyfra powiększa pokot i znacznie przyspiesza jego uzyskanie. Ale nie byłoby to możliwe, gdyby nie praktyka w podchodzeniu ptaków. Mamy wreszcie samochód terenowy i dom w pobliżu bagien. Teraz żurawie zaglądają nam do okien, jak my kiedyś do ich gniazd - z nadzieją.
 
zobacz również:
40 lat łowów
Przyjaciele opowiadają...
Fotoopowieści
"Dzika Polska"
Galeria
Galeria w formie pokazu slajdów
Fotorelacje
http://www.klosowscy.pl/


Dorota Adamkiewicz „Dzika Polska”,
Joanna Łęska „Dzika Polska”,
Monika Purzycka „Zwierzozbliżenia”:
Przyjaciółki z pracy Dwunożny, brzuchaty, nie- opierzony, silnie owłosio- ny. Nie podlega ewolucji, lekceważy atawizmy, do instynktu rozmnażania pod- chodzi z przekorą, samo- lubnemu genowi śmieje się w nos. Jedynie swoją rolę w łańcuchu pokar- mowym traktuje niezwykle poważnie - niespożyty w konsumowaniu dóbr matki natury, zwłaszcza przygotowanych młodą damską ręką (...)

» czytaj całość


Jarosław Chyra fotograf, wydawca, twórca festiwalu przyrody i autor programów TV:
Jarosław Chyra Przez 80 lat (bo to przecież 40, ale razy dwóch Kło- sowskich) sfotografowali wszystko. A ja nieustannie widzę jak planują, wyko- nują i publikują nowe, co chwilę nowe fotografie. Każdego dnia wyruszają "na łowy" jakby to był pierwszy dzień przygody z fotografią (...)

» czytaj całość


dr Andrzej Kruszewicz ornitolog, dyrektor warszawskiego ZOO:
dr Andrzej Kruszewicz Kłosowcy? Znam ich prawie 30 lat. Każdy z nich jest inny, chociaż dwaj z trzech są bliźniakami. Duchowym, przyrodniczym przywódcą jest niewąt- pliwie Tomek, chociaż Stanisław ma profesorskie tytuły. Najbardziej artystyczną duszą jest Grzegorz. Tomek za to jest najbardziej medialny. Swym tubalnym głosem wypełnia mikrofony a ogromną piersią (i "podpiersią") wypełnia kamery. Lubią za to Tomka zarówno mikrofony jak i kamery.
Raz nad Biebrzą spotkałem całą trójkę razem. Był to dzień, gdy znaleźliśmy 2 gniazda sów błotnych. Wieczorem, przy kolacji, trio braci Kłosowskich przedstawiło pantomimę pt. "Sowa błotna". Było to coś obłędnego. Bawiliśmy się jak dzieci. A byliśmy przy tym trzeźwi - o dziwo.
Mam w kolekcji monet pięćdziesięciogro- szówkę - rówieśniczkę Tomka. Starta i ledwo czytelna, na dodatek wypadła z obiegu. Tomek, jej rówieśnik, jest nadal w obiegu, dziarski i pełen pomysłów. Jest więc solidniejszy od metalu.


Krystian Matysek operator, reżyser i producent filmowy:
Krystian Matysek Można by przytoczyć sporo tak zwanych "tajnych" anegdot, ale ja wolałbym napisać wprost; dużo sympatii, mam do Kłosowskich dużo sympatii.
Mimo upływu lat mają pasję. Pracując z nimi obserwowałem jak w każdej chwili starają się zrobić coś lepszego w temacie, który fotografowali już na tysiące sposobów. Z jednej strony mają przewagę (niby jest im łatwiej) bo co chwilę powtarza się zdanie "to już mamy" a z drugiej strony, mają trudniej bo nieustannie podnoszą sobie poprzeczkę. Jeśli kolejny żuraw to musi być lepszy od tych tysięcy poprzednich.


dr Grzegorz Rąkowski z Instytutu Ochrony Środowiska, autor przewodników turystycznych:
dr Grzegorz Rąkowski Braci Kłosowskich znam od ponad 35 lat. To oni zaszczepili mi miłość do ptaków i to wspólnie z nimi poznawałem i penetrowa- łem Bagna Biebrzańskie, ukochane zarówno przez nich, jak i przeze mnie.(...)
Ze wspaniałymi zdjęciami współgrają świetne komentarze i teksty, nierzadko mające charakter znakomitej gawędy. Wszystko to sprawia, że przyrodnicze albumy Braci Kłosowskich można dziś śmiało postawić na półce klasyków fotografii przyrodniczej tuż obok książek ich mistrza – Włodzimierza Puchalskiego.

» czytaj całość


Arkadiusz Szaraniec copyrighter, człowiek reklamy:
Arkadiusz Szaraniec(...) Żaden inny gatunek kręgowca nie wytrzymałby tej nieludzkiej udręki i tak długiej, wieloletniej poniewierki. Mróz nie mróz, spiekota czy słota - niech no tylko usłyszą krzyk dzikiej gęsi czy klangor żurawi (najpierw w swej wyobraźni, bo na długo przed pierwszymi przylotami), a już wyfruwają ze swoich zimowych leży, zapadają w uszykowane z dawien dawna komysze i kryjówki, i czatują tam z zapartym tchem na kolejne bezkrwawe trofeum. Nic to, że mają w swych zbiorach każdy polski gatunek, włącznie z tymi najrzadszymi! Ci mistrzowie z entuzjazmem i zapałem debiutantów całymi tygodniami, dzień w dzień po kilkanaście godzin z rzędu polują na to „jedno jedyne” ujęcie.(...)

» czytaj całość


Jan Walencik filmowiec i fotograf przyrody:
Jan Walencik Pod Paryżem jest wzorzec metra, a na bagnach pod Biebrzą są Kłosowscy - od zawsze i na zawsze.
Dwaj, a nieraz i trzej nieznający kompromisu pasjonaci, którzy swoją nieprzeciętną robotą i niezawodnym charakterem roznoszą wokół nieuleczalną chorobę: dzięki NIM ludzie obcujący z naturą stają się lepsi i mądrzejsi.
Kłosowscy, to Kłosowscy i już!

» czytaj całość

 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif