• foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
  • foto-ptaki.pl
foto-ptaki.pl arrow Fotoopowieści arrow Fujok i czarne koguty
 

Sonda

Sprzętu jakiej marki używasz najczęściej?


 

Jak archiwizujesz zdjęcia?


 

Fujok i czarne koguty Email
Autor: Kazimierz Pańszczyk   
Kazimierz PańszczykNa początku wyjaśnię nieco zagadkowy tytuł, głównie chodzi o gwarowe znaczenie słowa "fujok". Najogólniej rzecz ujmując jest to ludowa nazwa wiatru lokalnego zwanego inaczej halnym. Tym czym dla Podhalan jest halny, tym dla mieszkańców Orawy jest właśnie fujok. A zatem halny i fujok to jeden i ten sam rodzaj wiatru, jaki okresowo wieje w całym łuku Karpat. Geneza powstawania wiatru halnego została stosunkowo dobrze poznana, niemniej nie zawsze da się przewidzieć z jaką siłą i w którym miejscu ten ciepły fenowy wiatr uderzy.

Niegdyś ludowi piewcy chcąc uchwycić "ducha" tego żywiołu, snuli na jego temat szereg legend i mitów. Charakterystyka jak i cały proces tworzenia się tego wiatru, bez naukowego wyjaśnienia, trudna była do zrozumienia dla ludzi w minionych wiekach. Wiatr ten za każdym razem, kiedy tylko się pojawia, jest tak nieprzewidywalny jak kaprys dziecka. Raz wieje z ogromną siłą, innym razem jego delikatne powiewy ledwo kołyszą świerkowym lasem.

© Kazimierz Pańszczyk
Czasami potrafi być ciepły i powabny jak uśmiech panny, ale może też być bezwzględny jak banda rozwydrzonych zbójów. W dawnych czasach przypisywano mu niemal czarodziejską moc. Miał czynić szkody nie tylko w lasach, ale także w ludzkich sercach i umysłach. Miał być powodem opętań, samobójstw, a nawet i mordów. Wreszcie, na wale chmur toczonym po górskich grzbietach, miały wozić się złe moce. Ten górski mocarz, jak nazywali go ludowi piewcy, od wieków drwił sobie z karpackich kniei i góralskich chat. Szalejąc po turniach niemiłosiernie zawodził siejąc strach i opętanie. Łamał najokazalsze drzewa; rośliny, których nie był w stanie wyrwać, potrafił nadmiernie przesuszyć. Topił śnieg, ukręcał potężne świerki, wysysał wody z tatrzańskich siklaw, budził zimą ze snu mocarne niedźwiedzie, plątał orłom skrzydła, pozbawiając króla przestworzy gracji i majestatu szybowania. Ciskał deszczem i zawodził melodię na turniach, którą tylko szalony umysł był w stanie zrozumieć. Dławił serca i umysły stając się przyczynkiem wielu ludzkich chorób. Taki to jest ten górski mocarz, który, jak sądzono, latem skrywał się głęboko w mrocznych jaskiniach. Zaś jesienią i zimą dobywał z pieczar ciemne chmurzyska i tocząc je po górskich grzbietach, grzmiał i ciskał deszczowym płaszczem na lewo i prawo.

Oczywiście wiele ludowych legend i opowieści jest grubo przesadzonych, niemniej zdarzały się lata, w których wiatr ten faktycznie czynił ogromne spustoszenie w karpackim drzewostanie.

Tak było w maju 1968 roku. Pamiętnej wiosny pomiary z Kasprowego Wierchu wskazywały prędkość 286km/h, a niektórzy twierdzą, że w porywach prędkość mogła zbliżyć się nawet do 300 km/h. Niestety przy podmuchu (286km/h) urządzenie pomiarowe zostało zerwane. Kilka lat wcześniej, 29.11.1965r, po słowackiej stronie Tatr wiatr osiągnął podobną prędkość - 283 km/h. Tak huraganowe oblicze halnego, zwanego również na Orawie fujokiem, zdarza się stosunkowo rzadko. Jednak kiedy już nadciąga z ogromnym impetem występują bardzo duże skoki ciśnienia. Zdarza się, że w czasie halnego następuje niezwykle szybki wzrost temperatury, sięgający nawet kilka stopni Celsjusza w ciągu zaledwie jednej godziny! Taki skok temperatury nie tylko przez ludzi, ale także i przez zwierzęta jest źle akceptowany. Na przykład ptaki, w przeddzień pojawienia się tego ciepłego fenowego wiatru, wykazują wzmożoną aktywność, a nie rzadko można zaobserwować nawet wyraźny niepokój wśród ptasiej gawiedzi. Wiatr ten niesie ze sobą co najmniej kilkudniowe załamanie pogody, w związku z tym zwiększa się aktywność zwierząt, chociażby z racji konieczności poszukiwania pokarmu. Również cietrzewie zaczynają reagować większym niż zwykle pobudzeniem w okresie godowym, tokując najintensywniej, kiedy halny zaczyna dopiero się wzmagać.

Miałem niejednokrotnie przyjemność obserwować miłosne popisy cietrzewi, kiedy nadciągał z gór ten ciepły południowy wiatr. W początkowej fazie halnego zazwyczaj pogoda jest jeszcze bardzo dobra. Świeci słońce a wysoka, jak na początek kwietnia, temperatura o świcie bardzo często przekracza nawet 15°C. Większość ptaków, a w tym także i cietrzewie, stara się wykorzystać ostatnie chwile dobrej pogody.

© Kazimierz Pańszczyk
Również szansa na udane zdjęcia się zwiększa, ponieważ w tych dniach nie występuje uciążliwa mgła jaka lubi często zalegać na całym obszarze obniżenia podhalańskiego. Nie bez znaczenia jest też przejrzystość powietrza, która w przeddzień halnego jak i w jego trakcie jest znakomita. Niezwykłego kolorytu dodają także cudowne wschody słońca. Krwisto czerwone niebo, cietrzewi gulgot zaakcentowany co jakiś czas donośnym czuszyknięciem sprawia, że atmosfera takiego poranka jest wręcz niesamowita. Człowiek, chciałby się zanurzyć w tej wspaniałej czerwieni nasłuchując cietrzewiego bełkotu bez końca. Poranna symfonia skowronków, werblujących bekasów czy chrapliwych nawoływań cietrzewi przy czerwonej kurtynie orawskiego fujoka sprawia, że ten kto tego nie widział, nie ma pojęcia jakim cudem natury jest ten wiosenny górski spektakl. Tego typu "przedstawienie" zdarza się bardzo rzadko, ale kiedy już nastąpi chciało by się smakować go całym ciałem i duszą. Osobiście nie znam urządzenia, które byłoby w stanie oddać przynajmniej cząstkę tego cudownego klimatu. Dla takich chwil zapewne warto wstać o drugiej w nocy i nasłuchiwać bełkotu "grających" cietrzewi.

Kilkanaście minut przed wschodem niemal całe niebo nad Kotliną Orawsko-Nowotarską zamienia się w jedną krwistą czerwień. Właśnie w momencie wschodu, a właściwie tuż przed nim, cietrzewie zaczynają, po przerwie zwanej szabasem, drugą fazę toków. Panuje wówczas ogromny harmider. Czuszykanie zaakcentowane kilkumetrowymi podlotami, zażarte walki kogutów, a wszystko to w czerwonej poświacie nieba, sprawiają, że nie bardzo wiadomo co w tym momencie fotografować? Urzekający wschód, czy może tokujące koguty. Czasu w takich sytuacjach zazwyczaj jest nie za wiele tym bardziej, że długim teleobiektywem nie wszystko można sfotografować. Zawsze w takich sytuacjach ma się dylemat.

Raz, jak dobrze pamiętam, halny wybił mi z głowy wszelkie fotograficzne dylematy. Pamiętnej wiosny miałem zaszczyt stoczyć nierówną walkę z tym orawskim hulaką. Niestety, ta runda okazała się dla mnie przegraną. Jak się później okazało nie miałem właściwie żadnych szans przeciwstawienia się temu górskiemu mocarzowi.

Początek pamiętnego dnia, a właściwie to już koniec nocy, nie zapowiadał się źle. Jak zwykle o 2:30 kolega podjechał do mnie samochodem, sprawnie, bez większych ceregieli spakowałem się i ruszyliśmy na umówione tokowisko cietrzewi. Przejrzystość powietrza była wręcz fenomenalna. Po przyjeździe na miejsce i wyjściu z samochodu w szczerym polu, światło z Kasprowego Wierchu widoczne było tak wyraźnie, jakby ktoś świecił latarką nie dalej jak kilkaset metrów od nas. Jednak ciśnienie, jak to mówią ludowi synoptycy, leciało wówczas na łeb, na szyję. Kolega wspominał, że jego barometr już wieczorem dostał kompletnej szajby. Jednak kiedy dotarliśmy na miejsce tylko ciepły wietrzyk, niczym letnia bryza, muskał nas po twarzach. Sprawnie rozłożyłem przenośną budkę na wilgotnej łące. Tymczasem kolega zniknął w mrokach kończącej się nocy, idąc na inne, oddalone o kilkaset metrów tokowisko.

Brzask i pierwsze czuszykanie nie wzbudziło większych emocji. W zasadzie wszystko szło zgodnie z planem, jak zawsze. Powoli jeszcze w ciemności popodpinałem całość sprzętu i cierpliwie czekałem na dalszy ciąg wydarzeń. Ciepły wiatr ciągnący z gór wyraźnie przybierał na sile. Było tak ciepło, że czekolada jaką miałem w kieszeni kurtki rozmiękła zupełnie. Jak na pierwszą dekadę kwietnia było aż nieprzyzwoicie ciepło. Po chwili toki rozkręciły się już na dobre. Ciemne, ołowiane, porozrywane chmury waliły z dużą prędkością znad Tatr. Wiatr coraz mocniej przybierał na sile, jednak nic nie zapowiadało, że za godzinę halny jeszcze bardzie się rozzuchwali. Walki kogutów, podloty, bulgot i czuszykanie były tak częste, że poziom adrenaliny wzmagał się we mnie coraz mocniej, mimo że widziałem ten wiosenny spektakl już nie raz. Jednak za każdym razem serce "rośnie" jak się jest świadkiem czegoś tak cudownego.

Tuż przed szabasem chmury na niebie poczerwieniały do tego stopnia, że wcześniejsza szara poświata przerodziła się w ognistą czerwień. W tej bajkowej scenerii nastał właśnie szabas. Tajemna chwila, w której wszystkie cietrzewie milkną. Nadzwyczaj piękny poranek, chociaż w tym urzekającym pięknie wyczuwało się nutkę jakiejś grozy, tajemnicy, a może niedopowiedzianej chwili? Zupełna cisza, nisko pędzące chmury i rozstawieni po grądzie czarni "rycerze wiosny". Gdzieś w oddali tylko słychać było trelującego skowronka, a od czasu do czasu - kruki w pobliskim borze, wszczynające wieczną awanturę. A poza tym zupełna cisza. Szabas, tajemna i pilnie strzeżona tajemnica tych ptaków, przynajmniej na mnie zawsze wywiera ogromne wrażenie.

Mniej więcej po 10 minutach wzrokowej delektacji pięknym wschodem słońca, pierwszy kogut rozpoczął drugą fazę toków. Za nim, niemal jak na komendę, ruszyła reszta rywali. Teraz walki wyraźnie przybrały na sile. Potyczki, podloty i czuszykanie w zmieniającej się poświacie dnia nabierały coraz większego impetu. Kilka ptaków w ferworze walki podleciało bliżej mojego stanowiska. Światło nie było jeszcze najlepsze, chociaż fotografować już się dało. Naświetliłem kilka klatek, jednak wiatr coraz bardziej zaczynał przeszkadzać. Fujok z wolna, aczkolwiek systematycznie przybierał na sile. Przy okazji ciepło jakie ze sobą tłoczył było, jak na początek kwietnia, wręcz imponujące, czułem się jakby ktoś na mnie skierował gigantyczną suszarkę do włosów.

© Kazimierz Pańszczyk
Pulsacyjne podmuchy stawały się coraz mocniejsze. W zasadzie po wschodzie nie robiłem już zdjęć, tylko starałem się utrzymać przenośną czatownię, aby złowieszczy fujok w jakimś momencie jej nie porwał. Cietrzewie, oczywiście, tokowały w najlepsze nie zwracając najmniejszej uwagi na wzmagający się wiatr. W pewnej chwili, jeden z ptaków w pięknym kilkunastometrowym podlocie z zaakcentowanym czuszykaniem podfrunął pod mój łopocący na wietrze namiot. Oczywiście poczułem momentalny przypływ adrenaliny. Piękny, opalizująco czarny kogut, nie dalej jak 6-8m od mojego ukrycia gra w najlepsze, a ja w tym czasie zamiast fotografować walczę z napierającym fujokiem. Nagle poczułem wyraźne uspokojenie wiatru. Szybko spróbowałem znaleźć w obiektywie tokującego ptaka, chociaż zdawałem sobie sprawę, że za moment wiatr uderzy ponownie. No cóż, taki jest charakter halnego. Pulsacyjne podmuchy raz przybierają na sile, to znowu słabną, aby po chwili uderzyć ze zdwojoną siłą. I rzeczywiście, po mniej więcej trzech, może czterech sekundach, ponownie, z ogromnym impetem, szalejące wietrzysko uderzyło w mój skromny namiocik. W tym momencie już nie myślałem o zdjęciach, tylko o utrzymaniu jakimś cudem mojej przenośnej mini czatowni. Zupełnie zdeformowaną płócienną budkę trzymałem przed naporem wiatru w nadziei, że może za jakiś czas, a może już za chwilkę wiatr uspokoi się na tyle, że uda mi się zrobić z bliska chociaż jedno wymarzone zdjęcie.
A gdzie tam!
Po chwili na klęczkach trzymałem już tylko w zasadzie kawał zdeformowanej płachty, spoglądając przez otwór czy kogut jeszcze jest, czy może już odleciał. O dziwo, ptak zbliżył się jeszcze bardziej! Łopocąca na wietrze szmata najwyraźniej mu nie przeszkadzała, a wręcz przeciwnie, wyglądało to tak jakby jeszcze bardziej stymulowała go do "grania". Może wydać się to nieprawdopodobne, ale w pewnym momencie był tak blisko, że widziałem jak wiatr podwiewa mu pióra na szyi. Dopiero wówczas zauważyłem, że pióra w okolicy wola i szyi ma w głębi zupełnie jasne, niemal białe (dotąd myślałem, że w głębi ma podobną, jak na wierzchu, opalizująco czarną barwę). Przez mały wizjer raz go widzę, to znowu na wskutek łopocącej szmaty znika mi z pola widzenia. Teraz wydaje mi się, że jest nie dalej jak dwa może trzy metry ode mnie. Szukam jakiejś dziury w tarmoszonej przez wiatr płachcie, aby lepiej mu się przyjrzeć. Nagle coś, nie wiem co, zamek może patka wziernika uderzyła mnie w oko. Ból sprawił, że nie byłem już w stanie dłużej targanej wiatrem czatowni utrzymać. Niemal w jednej sekundzie wiatr zrywa coś, co jeszcze przed chwilą stanowiło mój mini schron i niesie przez pola tarmosząc nim okropnie. Cietrzew stanął jak wryty i niemal natychmiast przyjął postawę przypominającą pękatą butelkę zapewne nie dowierzając, że to co widzi dzieje się naprawdę. Mimo wszystko jednak chyba szybko uwierzył, bo już po mniej więcej trzech sekundach zerwał się z łopotem i odleciał. A ja, zupełnie zdezorientowany, nie bardzo wiedziałem, biec za czymś, co jeszcze niedawno przypominało mój namiot, czy tym razem trzymać statyw z aparatem. Oczywiście sprzęt był o wiele cenniejszy niż jakiś kawałek wytarmoszonego materiału. Szybko zdemontowałem całość i ruszyłem w pogoń za namiotem. Na szczęście kilkaset metrów dalej rosła kępa łozin, która schwytała to co orawski fujok przed chwilą mi ukradł. Co prawda namiot jak się później okazało nadawał się do małego remontu, jednak nadal dobrze służył w następnych latach.

Kolega miał nieco więcej szczęścia, widząc co się dzieje, w porę zdążył zwinąć swój foto-obóz. W drodze powrotnej, oczywiście, wymiana wrażeń i żal do wszystkich świętych, że taka okazja, takie możliwości, takie światło, a tu ten piekielny orawski fujok wszystko zmarnował. A niech to (....) pomyślałem.

Dzisiaj ta historia oczywiście mnie śmieszy. Człowiek z czasem najwyraźniej nabiera szacunku do przyrody, czując jak bezsilny i słaby jest wobec potęgi natury. Jak widać na wszystko musi przyjść odpowiedni czas. Jest czas sukcesów, ale prędzej czy później nadchodzi również i czas porażek. Dramaturgia, nieprzewidywalność, tajemnica i ciągłe poznawanie czegoś nowego, też w znacznym stopniu nas wzbogaca. Mimo, że często nie mamy namacalnego dowodu w postaci pięknego zdjęcia, to nie znaczy to jeszcze, że nie dane nam było przeżyć wspaniałej przygody. Prędzej czy później podglądanie dzikiego świata i tak zaowocuje sukcesem w postaci satysfakcjonujących nas obrazów. Chwile potknięć i niepowodzeń szybko odejdą w cień zapomnienia. Jednakże czy ten ruchomy obraz, jaki na zawsze utrwala się w naszej pamięci w formie wspomnień nie jest równie wspaniały jak ten naświetlony na filmie czy matrycy?

Czasami nauka jest porażką, ale bywa, że porażka może równie dobrze przerodzić się w naukę. Zgłębianie tajemnic przyrody, walka nawet z tak małymi żywiołami jak wiatr, śnieg, deszcz czy mróz sprawia, że jeszcze mocniej wzmaga się w nas miłość i szacunek do otaczającej nas dzikiej natury.


 
 
2007-2017 © Paweł Wietecha, nota prawna
 jesteśmy też na facebooku ostatnia aktualizacja: 05.04.2015, 18:29co nowego?
1x1px_trns.gif